Deneś nawet nie podniósł wzroku znad telefonu, kiedy wypowiedział te słowa.
— Wstydzę się zabrać cię ze sobą na bankiet — powiedział chłodno. — Będą tam ludzie. Normalni ludzie.
Nora stała przy lodówce, trzymając w rękach karton mleka. Przez chwilę wydawało jej się, że się przesłyszała. Dwanaście lat małżeństwa. Dwoje dzieci. Wspólne kredyty, poranne obowiązki, choroby, nocne rozmowy. A teraz – wstyd.
– Założę czarną sukienkę – powiedziała cicho. – Tę, którą mi kupiłeś.
– Nie chodzi o sukienkę – w końcu spojrzał na nią. – Chodzi o ciebie. O to, jak wyglądasz. Włosy, twarz… wszystko jest takie bez wyrazu. Będzie tam Victor z żoną. Ona jest stylistką. A ty… rozumiesz.
– W takim razie nie pójdę.
– Mądra decyzja. Powiem, że masz gorączkę. Nikt nie będzie zadawał pytań.
Zniknął w łazience, a Nora została sama w kuchni. Z pokoju dziecięcego dochodziło spokojne oddychanie. Marek miał dziesięć lat, Lille – osiem. Całe jej życie toczyło się tutaj – w tym mieszkaniu, w rytmie szkolnych zebrań i rachunków. A teraz jej własny mąż się jej wstydził.

Następnego dnia siedziała w salonie Eriki – swojej dawnej przyjaciółki, bezpośredniej fryzjerki.
– On kompletnie oszalał – oburzała się Erika. – Wstydzi się własnej żony? Kim on w ogóle się stał?
– Kierownikiem magazynu – odpowiedziała beznamiętnie Nora. – Awansowali go.
– I nagle przestałaś być dla niego wystarczająco dobra? – Erika zacisnęła szczękę. – Pamiętasz, czym się zajmowałaś przed urodzeniem dzieci?
— Uczyłam…
— Nie o to mi chodzi. Robiłaś biżuterię. Z kamieni. Z koralików.
Do dziś mam ten naszyjnik z niebieskimi kamieniami. Wszyscy pytają, skąd go mam.
Nora przypomniała sobie. Aventurine. Długie wieczory, kiedy jeszcze ją widywano. Kiedy Deneš patrzył na nią z zainteresowaniem, a nie z pogardą.
— To było dawno temu.

„Dawno” nie oznacza „nigdy” — Erika pochyliła się bliżej. — Kiedy jest bankiet?
— W sobotę.
– Świetnie. Przyjdź do mnie jutro. Fryzura, makijaż. Zadzwonimy do Olivii – ma wspaniałe sukienki. A biżuteria… sama ją zrobisz.
– Erika, on powiedział, że…
– Nie obchodzi mnie, co powiedział. Pójdziesz. I gwarantuję ci jedno – on tego nie zapomni.
Olivia przyniosła suknię w kolorze dojrzałej śliwki. Długą, z odkrytymi ramionami, delikatnie podkreślającą linię sylwetki. Przez całą godzinę dopasowywały ją, przypinając szpilkami, modelując sylwetkę.
— Do tego koloru potrzebna jest specjalna biżuteria — zdecydowała Olivia. — Ani srebro, ani złoto.
Nora wyjęła stare pudełko. Na samym dnie, owinięty w miękką tkaninę, leżał komplet: naszyjnik i kolczyki z niebieskim awenturynem. Jej dzieło. Osiem lat temu. Na okazję, która nigdy nie nadeszła.
– To… niesamowite – szepnęła Olivia. – Ty to zrobiłaś?

– Tak.
Erika ułożyła włosy w miękkie fale. Makijaż był stonowany, ale podkreślał spojrzenie. Kiedy Nora założyła sukienkę i zapięła biżuterię, kamienie opadły na szyję, zimne i ciężkie – jakby przypominając jej, kim naprawdę jest.
— Spójrz na siebie — powiedziała Olivia, podprowadzając ją do lustra.
Nora spojrzała. I nie zobaczyła kobiety, która przez dwanaście lat gotowała i sprzątała.
Zobaczyła siebie. Taką, jaką była kiedyś. I taką, jaką wciąż mogła się stać.
Restauracja nad rzeką była skąpana w świetle. Garnitury, suknie wieczorowe, cicha muzyka. Nora celowo się spóźniła.
Rozmowy na chwilę ucichły.
Denez stał przy barze. Śmiał się. Kiedy ją zobaczył, jego twarz zamarła. Nora milcząco przeszła obok i usiadła przy odległym stoliku. Proste plecy, spokój, ręce splecione na kolanach.
— Przepraszam, czy to miejsce jest wolne?

Obok stał mężczyzna około czterdziestu pięciu lat. Szary garnitur, inteligentne spojrzenie.
— Oczywiście — odpowiedziała Nora.
Rozmowa rozpoczęła się łatwo. Mężczyzna miał na imię Andrasz. Okazało się, że kieruje galerią sztuki dekoracyjnej i użytkowej. Jego wzrok zatrzymał się na naszyjniku Nory.
– Czy to awarytyn? – zapytał. – Rzadko spotyka się go w takiej formie.
– Sama go zrobiłam.
– Naprawdę? – uśmiechnął się szeroko. – Powinnaś pokazać swoje prace szerszej publiczności.
Kilka metrów dalej Dénes z rosnącym niepokojem obserwował tę scenę. Po raz pierwszy widział, jak inni patrzą na Norę z zainteresowaniem. Z podziwem.
Po bankiecie próbował ją zatrzymać.
– Nora… możemy porozmawiać?
Spojrzała na niego spokojnie.

— Rozmawialiśmy przez dwanaście lat. Teraz moja kolej, żeby pomyśleć o sobie.
Kilka miesięcy później Nora prowadziła zajęcia z tworzenia biżuterii w małej, jasnej pracowni. Jej prace pojawiły się w galeriach. András dotrzymał słowa.
Deneš? Zrozumiał, co stracił — ale było już za późno. Rozwiedli się spokojnie, bez krzyków. Dla dobra dzieci.
A Nora? Każdego ranka patrzyła w lustro i widziała kobietę, której nie musiała się wstydzić. Nigdy więcej.
