Szczerze przyznałam się mężowi, kiedy przyszły wyniki testu DNA i okazało się, że nie jest ojcem.

Chcieliśmy wszystko naprawić, ale on powiedział, że muszę oddać dziecko do adopcji.
Nie uważam za słuszne, że zmusza mnie do wyboru między nim a moim dzieckiem.
Oświadczył, że złoży wniosek o rozwód, jeśli zostawię dziecko, ale przecież w małżeństwie składa się przysięgę – na dobre i na złe.
Jakiż to nikczemny mężczyzna porzuca swoją żonę, jeśli nie chce ona zrezygnować z własnego dziecka?
Zawsze byłam dla niego dobrą żoną. Ale jeśli myśli, że może po prostu odejść bez konsekwencji, to bardzo się myli.

Myślałam, że uda mi się nim manipulować, zmusić go do zostania. Wywołać w nim poczucie winy, przypomnieć mu o wszystkich latach, które spędziliśmy razem. Może nawet popłakać się, pokazać, jak bardzo cierpię.
Przecież mówił, że mnie kocha? Obiecał, że zawsze będzie przy mnie?
Spróbowałam podejść do sprawy z innej strony. Spokojnie powiedziałam, że wszyscy popełniają błędy, że możemy to przetrwać. Nawet zasugerowałam, że być może to dziecko jest znakiem przeznaczenia. Że to dla niego szansa, aby stać się wielkim człowiekiem i przyjąć dziecko, nawet jeśli nie jest jego biologicznym synem.
Ale spojrzał na mnie najzimniejszym spojrzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam.
— Nie, Anzhelika. Nie chodzi o biologię. Chodzi o zaufanie. A ty je zniszczyłaś. Nie będę wychowywał cudzego dziecka i nie zostanę z kobietą, która mnie zdradziła.
Zaparło mi dech w piersiach. On mówi poważnie. Nie ma odwrotu.
Wtedy zmieniłam taktykę.
Jeśli poczucie winy nie zadziałało, zadziała gniew.
Zaczęłam krzyczeć, oskarżać go, że mnie porzuca, że jest tchórzem, który nie potrafi poradzić sobie z rzeczywistością małżeństwa.
Ale on tylko pokręcił głową, wziął walizkę i wyszedł.

Myślałam, że będzie walczył, że pokłócimy się, że uda mi się go odzyskać. Ale on po prostu odszedł, zostawiając mnie samą z moim błędem.
I wtedy wpadłam na pomysł.
Jeśli myśli, że może po prostu zniknąć, to pożałuje.
Wiedziałam, gdzie uderzyć, żeby go zabolało. Miał świetną pracę, reputację, rodzinę, która go uwielbiała.
I zaczęłam rozpowszechniać plotki.
Najpierw drobne.
Sugerowałam znajomym, że nie jest taki niewinny. Powiedziałam rodzinie, że mnie naciskał, że był emocjonalnie zimny i mnie zaniedbywał.
A potem przeszłam do głównego ciosu – oskarżyłam go o przemoc.
Nie miało znaczenia, że to było kłamstwo.
Ważne było to, że ludzie w to uwierzyli.
W pracy zaczęły się dla niego problemy. Przyjaciele zaczęli się od niego odwracać. Nawet jego matka, która kiedyś nazywała mnie córką, zaczęła patrzeć na niego z podejrzliwością.
Czułam władzę. Po raz pierwszy od czasu zdrady znów kontrolowałam sytuację.

Ale karma to bardzo dziwna rzecz.
Pewnego dnia otrzymałam list. Dokument prawny. Pozwał mnie do sądu za zniesławienie.
Na początku się śmiałam. Myślałam, że nie ma dowodów.
Ale potem przyszły kolejne listy.
A potem wezwanie do sądu.
Wtedy zrozumiałam, że wpadłam w prawdziwe kłopoty.
Okazało się, że zbierał dowody.
Wiadomości, w których sama przyznawałam się do kłamstwa. Świadkowie, którzy słyszeli, jak przesadzałam. Nawet nagranie rozmowy, w której mówiłam, że chcę mu dać nauczkę.
Wpadłam w panikę. Próbowałam wszystko cofnąć, przeprosić.
Ale było już za późno.

Zanim sąd wszystko załatwił, tonęłam w długach z powodu kosztów prawnych.
Moja reputacja została zniszczona.
Ale co było najgorsze?
Straciłam wszystko.
Ojciec dziecka – ten, dla którego zaryzykowałam małżeństwo – nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.
Zostałam sama. Bez męża. Bez wsparcia. Bez drogi powrotnej.
A mój były?
Zbudował nowe życie. Znalazł inną kobietę. Taką, która kochała go tak, jak ja powinnam. Taką, która go nie zdradzała.
Wyciągnęłam wnioski.
Każde działanie ma swoje konsekwencje.
A najlepszą zemstą nie jest niszczenie życia innej osobie, ale pójście dalej.
Zanim więc zemścisz się na kimś za to, że nie chce tolerować twoich błędów, zastanów się dwa razy.

Bo w końcu możesz zostać jedyną osobą stojącą pośród ruin, które sama stworzyłaś.
Jeśli wierzysz, że karma zawsze wraca, podziel się tą historią.
