Znajomy mojego męża na oczach wszystkich wrzeszczał: „Gruba idiotko!” — i ryczał ze śmiechu. Nawet nie podejrzewał, że to właśnie ja co miesiąc przelewam na jego konto 400 tysięcy rubli.

— Marina, lepiej nie bierz tego talerza. Tam jest sałatka z majonezem. Tobie takich rzeczy przecież nie wolno — rzucił Artiom, nawet nie odrywając wzroku od mięsa na ruszcie. I zaraz parsknął śmiechem.

Przy stole siedziało dwanaście osób. Letnia weranda naszego domu. Szaszłyk, który od rana sama marynowałam i piekłam. Marynata — według przepisu, który dopracowywałam prawie trzy lata. A sałatkę, swoją drogą, też robiłam ja.

Od siedmiu lat wciąż to samo. Od pierwszego spotkania, kiedy Kostia przyprowadził go, żeby nas poznać, a Artiom zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, gwizdnął i wypalił: „No, Kostian, okazuje się, że masz gust do kobiet z kształtami”. Wtedy się uśmiechnęłam. Uznałam, że to żart. Prostacki, ale jednak żart.

Jak bardzo się myliłam.

Z Kostią pobraliśmy się osiem lat temu. Ja miałam czterdzieści lat, on — trzydzieści osiem. Dla nas obojga było to drugie małżeństwo. Kostia pracował jako inżynier w biurze projektowym, a ja w tamtym czasie miałam już otwarty drugi punkt „Słodkiego Interesu”. Sieć cukierni. Moja. Zbudowana od zera, bez kredytów i bez niczyjej pomocy. Przez trzy lata wkładałam w firmę każdy zarobiony rubel. Kiedy braliśmy ślub, miałam dwa lokale. Teraz mam już pięć.

Artiom był przyjacielem Kostii jeszcze ze szkolnych czasów. Razem dorastali, razem służyli w wojsku, razem każdej jesieni jeździli na ryby. Dla Kostii Artiom był niemal jak brat. I ja doskonale to rozumiałam. Chyba właśnie dlatego znosiłam to tak długo.

Artiom ma własną agencję reklamową. „Briz Media”. Logotypy, opakowania, promocja, prowadzenie mediów społecznościowych. Ogólnie interes szedł mu całkiem nieźle. Ale był jeden szczegół, o którym nawet nie miał pojęcia. Sześć lat temu potrzebowałam wykonawcy do rebrandingu: nowa identyfikacja wizualna dla całej sieci, opakowania, menu, szyldy. Moja menedżerka Wika wybrała trzy agencje. Jedną z nich okazała się „Briz Media”. Mieli najlepsze terminy i najbardziej sensowną cenę. Umowę podpisałam przez osobę prawną — spółkę „Konditer-Plus”. Całą komunikację prowadziła Wika. I Artiom przez sześć lat współpracował z moją firmą, nie wiedząc, że pieniądze przelewa mu żona jego najlepszego przyjaciela.

Cztery miliony osiemset tysięcy rubli rocznie. Tyle właśnie każdego roku przeznaczałam na jego agencję. Projekty menu, akcje sezonowe, oprawa nowych punktów, prowadzenie social mediów. Co miesiąc — dokładnie czterysta tysięcy, bez opóźnień.

Kostia wiedział. Sama poprosiłam go, żeby nic nie mówił Artiomowi. Nie chciałam mieszać przyjaźni z pracą. I Kostia milczał.

A Artiom nadal rzucał swoje żarciki.

Znajomy mojego męża na oczach wszystkich wrzeszczał: „Gruba idiotko!” — i ryczał ze śmiechu. Nawet nie podejrzewał, że to właśnie ja co miesiąc przelewam na jego konto 400 tysięcy rubli.

Tamtego wieczoru na werandzie postawiłam na stole ostatni talerz — z pieczonymi warzywami — i usiadłam obok Kostii. Artiom już rozlewał wino do kieliszków. Jego żona Lena siedziała naprzeciwko i patrzyła w talerz. Zawsze patrzyła w talerz, kiedy zaczynał się kolejny występ jej męża.

— Marina, do lata mogłabyś chociaż trochę schudnąć — powiedział Artiom, podając komuś kieliszek. — Kostium kąpielowy w ogóle zakładasz? Czy znowu chowasz się za pareo?

Przy stole zapadła cisza. Ktoś niezręcznie odchrząknął. Kostia położył mi dłoń na kolanie. Ten sam dobrze znany gest. „Wytrzymaj. Przecież on nie robi tego ze złości”.

Wzięłam kieliszek. Spojrzałam na Artioma.

— Artiom, a ty wiesz, że twoja agencja nadal nie spłaciła kredytu za biuro? — powiedziałam spokojnie. Bez nacisku. Po prostu jak fakt. Wiedziałam o tym, bo Wika kiedyś mimochodem wspomniała, że opóźnienie z projektami tłumaczyli problemami z wynajmem.

Jego uśmiech na moment zadrżał. Tylko na sekundę. Potem znowu się roześmiał.

— A skąd ty wiesz o moim biurze? — zakręcił kieliszkiem w dłoni. — Kostian się wygadał? No, ładnie, bracie.

Kostia milczał.

Dopiłam wino. Artiom natychmiast przerzucił się na inny temat — piłkę nożną, wakacje, samochód. Wszystko jak zawsze. A ja pomyślałam: dobrze. Nie pierwszy raz. Przeżyję i to.

Późnym wieczorem, kiedy wszyscy się rozjechali, stałam przy zlewie i myłam naczynia. Kostia podszedł od tyłu, objął mnie.

— Wybacz mu. On po prostu taki jest.

— Doskonale wiem, jaki on jest — odpowiedziałam. — Ale „on taki jest” to nie usprawiedliwienie.

Kostia pocałował mnie w tył głowy i poszedł spać. A ja nadal stałam przy zlewie, gorąca woda spływała mi po palcach, ale nie czułam ani ciepła, ani domowego spokoju. Tylko zmęczenie. Siedem lat tych samych docinków. Tych samych usprawiedliwień ze strony Kostii. Tego samego ciężkiego milczenia przy stole.

Miesiąc później Artiom zadzwonił. Zaprosił nas na swoje urodziny. Czterdzieste drugie.

Upiekłam tort. Pewnie to było głupie. Ale przecież jestem cukiernikiem. Trzypiętrowy, pokryty czekoladową polewą, z karmelową dekoracją. Sześć godzin pracy. Osobno beza, osobno przełożenie, osobno ozdoby. Ważył prawie cztery kilogramy.

Kostia niósł pudełko do samochodu tak ostrożnie, jakby trzymał dziecko.

— Cudo — powiedział. — Artiom padnie z wrażenia.

Artiom rzeczywiście padł z wrażenia. Tylko zupełnie nie tak, jak się spodziewaliśmy.

Około dwudziestu gości. Restauracja, którą Artiom wynajął na cały wieczór. Długi stół, śnieżnobiałe obrusy, muzyka na żywo. Lena w nowej sukience, cicha jak zawsze. Artiom — w centrum uwagi. Opalony, z białym uśmiechem, w koszuli wartej jakieś trzydzieści tysięcy. Obejmował wszystkich, którzy wchodzili, klepał mężczyzn po ramionach, kobietom całował ręce. Bardzo czarujący człowiek. Jeśli nie zna się go bliżej.

Postawiłam pudełko na osobnym stoliku. Uniosłam pokrywę. Tort naprawdę lśnił. Karmelowe nitki pięknie łapały światło lamp. Kilkoro gości podeszło i zaczęło robić zdjęcia.

— Kto to zrobił? — zapytała kobieta w bordowej sukience.

— Ja — odpowiedziałam.

— Jest pani cukiernikiem?

— Tak.

Podszedł Artiom. Spojrzał najpierw na tort, potem na mnie.

— Marina — powiedział — tort, oczywiście, jest luksusowy. Tylko może lepiej nie marnowałabyś na siebie aż tyle kremu, co? — i roześmiał się. Potem odwrócił się do gości. — Nasza Marina, jak widzicie, bardzo lubi słodkie. Widać, prawda?

I poklepał mnie po ramieniu.

Stałam obok czterokilogramowego tortu, nad którym pracowałam sześć godzin, a patrzyło na mnie dwadzieścia osób. Ktoś odwrócił wzrok. Ktoś wymusił niezręczny uśmiech. Lena studiowała swój kieliszek.

W środku coś mi kliknęło. Nie wybuchło. Właśnie kliknęło. Jakby zamknął się zamek.

— Artiom — powiedziałam bardzo równo — ten tort kosztuje dwanaście tysięcy rubli. Włożyłam w niego sześć godzin pracy. Właśnie obraziłeś człowieka, który przyniósł ci ręcznie wykonany prezent. Dlatego zabieram tort.

I zamknęłam pudełko.

Cisza zrobiła się tak gęsta, że słychać było, jak gdzieś w kuchni kapie woda.

— Ty mówisz poważnie? — mrugnął Artiom.

— Jak najbardziej.

Podniosłam pudełko. Cztery kilogramy. A ręce nawet mi nie drżały. Odwróciłam się i poszłam do wyjścia.

Kostia dogonił mnie dopiero na parkingu.

— Marina, zaczekaj.

— Zaczekam w samochodzie.

— No przecież on nie specjalnie. On po prostu…

— Kostia — postawiłam pudełko na masce. — On „po prostu” robi to już od siedmiu lat. Na każdym spotkaniu. Przy wszystkich. Nie zamierzam dłużej udawać, że to normalne. Jedziemy.

Odjechaliśmy. Następnego ranka zawiozłam tort do cukierni. Kupiono go w mniej niż godzinę.

Przez całą drogę Kostia milczał. Dopiero w domu powiedział:

— Obraził się.

— Ja też — odpowiedziałam.

Tamtego wieczoru siedziałam sama w kuchni. Za oknem było cicho. Piłam herbatę i myślałam o tym, że dwanaście tysięcy to wcale nie taka wielka suma. I sześć godzin to też nie aż tak dużo czasu. Ale dwadzieścia osób, które zobaczyły, jak odbieram swój prezent z powrotem — to było czymś nowym. Nie wiedziałam, czy zrobiłam dobrze. Ale plecy miałam proste. A to już coś znaczyło.

A jeszcze dwa tygodnie później Artiom zadzwonił tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zaprosił nas na imprezę przy basenie. I zażartował: „Tylko tym razem bez tortów”.

Nie chciałam jechać. Wcale. Powiedziałam Kostii, że nie pojadę. Kiwnął głową. A potem, po kilku dniach, jednak powiedział:

— Marina, będą tam Sierioża z Olą. I Dimka też. Sto lat się nie widzieliśmy. Nie proszę cię, żebyś godziła się z Artiomem. Po prostu pojedźmy razem. Dla mnie.

Dla niego. Osiem lat — dla niego. Każde święto, każdy wspólny weekend, każda absurdalna impreza. Kiedyś policzyłam: przez siedem lat spotykaliśmy się z Artiomem około sześćdziesięciu razy. Osiem-dziesięć spotkań rocznie. I ani jednego bez kolejnej uwagi o mojej wadze, jedzeniu, sylwetce albo ubraniu.

Sześćdziesiąt spotkań. Sześćdziesiąt upokorzeń. I za każdym razem albo się uśmiechałam, albo milczałam, albo po prostu wychodziłam do innego pokoju. A Kostia potem niezmiennie mówił: „On przecież nie robi tego ze złości”.

Mimo wszystko pojechałam.

Artiom ma dom za miastem. Duża działka, basen, strefa z grillem. Wszystko piękne, wszystko drogie, wszystko na pokaz. Uwielbiał demonstrować: patrzcie, czego się dorobiłem. Białe leżaki, podświetlana woda, muzyka z głośników. Gości było osiemnastu. Połowę znałam, reszty — nie.

Znajomy mojego męża na oczach wszystkich wrzeszczał: „Gruba idiotko!” — i ryczał ze śmiechu. Nawet nie podejrzewał, że to właśnie ja co miesiąc przelewam na jego konto 400 tysięcy rubli.

Założyłam zabudowany kostium kąpielowy, a na wierzch tunikę. Rozmiar pięćdziesiąt dwa — tak, jestem dużą kobietą. I wiem o tym. Wiem każdego dnia, kiedy się budzę, ubieram, jadę do pracy, zarządzam pięcioma cukierniami i wypłacam pensje trzydziestu dwóm osobom. Moja waga to moja waga. Nie jego sprawa.

Pierwsza godzina minęła spokojnie. Artiom krzątał się przy grillu i rozmawiał z nowymi gośćmi. Siedziałam na leżaku, piłam lemoniadę, rozmawiałam z Olą. Lubiłam Olę. Ona też była większą kobietą i ona też dostawała od Artioma swoje „żarciki”, tylko rzadziej — widywali się zaledwie kilka razy w roku.

Potem podszedł Artiom. Z kieliszkiem. Z firmowym uśmiechem. Opalony, wysportowany. Stanął obok.

— Marina, a ty czemu nie idziesz do basenu? Woda świetna.

— Nie mam ochoty — odpowiedziałam.

— Daj spokój! Wszyscy się kąpią. Czy boisz się, że basen wyleje?

Ktoś parsknął. Dwie albo trzy osoby. Reszta udała, że nic nie słyszy.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się do Oli. Kontynuowałam rozmowę. Myślałam — zaraz się odczepi. Jak zwykle. Powie podłość, ja przemilczę, wieczór się skończy, wyjedziemy.

Ale Artiom nie odszedł. Stał tuż za moimi plecami. Czułam jego cień.

I nagle krzyknął tak, żeby usłyszeli wszyscy:

— Gruba idiotko! No dawaj do wody!

I mnie popchnął. Mocno. Dwiema rękami w plecy. Akurat podniosłam się z leżaka, żeby od niego odejść, i stałam przy samym brzegu.

Woda. Uderzenie w ciało. Chlor w nosie. Tunika natychmiast nasiąkła i pociągnęła mnie w dół. Wynurzyłam się, złapałam krawędzi. W uszach mi huczało. Widziałam go u góry — stał, śmiał się i rozkładał ręce: „No przestań, przecież żartowałem!”.

Patrzyło na mnie osiemnaście osób. Ktoś się śmiał. Ktoś milczał. Kostia biegł do mnie od grilla. Lena stała blada jak ściana.

Z basenu wyszłam sama. Bez niczyjej pomocy. Mokra tunika oblepiła mi ciało. Włosy przykleiły się do czoła. Telefon w kieszeni padł od razu. Osiemdziesiąt tysięcy rubli zamieniło się w mokry kawałek plastiku.

Wzięłam ręcznik z sąsiedniego leżaka. Owinęłam się. Wytarłam twarz. Ręce mi nie drżały. Sama się temu zdziwiłam.

— Artiom — powiedziałam równym głosem. — Właśnie wepchnąłeś mnie do basenu bez mojej zgody. Zniszczyłeś mój telefon. Kosztuje osiemdziesiąt tysięcy. Czekam na przelew do jutra.

Przestał się śmiać. Na ułamek sekundy. Potem znowu przykleił uśmiech.

— Marina, no co ty. To był żart. Kupisz sobie nowy.

— Pieniądze mają być do jutra — powtórzyłam. — W przeciwnym razie składam zawiadomienie na policji. To nie jest żart, Artiom. To przemoc fizyczna.

Zapadła cisza. Nawet muzyka jakby przycichła.

Kostia stał obok. Też mokry — wskoczył za mną, ale zdążyłam już wyjść.

— Jedziemy — powiedział. I po raz pierwszy od siedmiu lat nie dodał zwyczajowego „on nie chciał”.

W samochodzie siedziałam na ręczniku. Z siedzenia kapała woda. Byłam mokra, wściekła i spokojna jednocześnie. Dziwne uczucie. Złość nie była gorąca, tylko zimna. Jasna. Jak mroźny poranek.

Artiom pieniędzy nie przelał. Ani następnego dnia. Ani po trzech dniach. Ani po tygodniu. Za to napisał do Kostii: „Powiedz swojej, żeby nie robiła histerii. Żart to żart. I w ogóle niech podziękuje, że jeszcze ją znoszę na naszych spotkaniach”.

Kostia w milczeniu pokazał mi wiadomość. Przeczytałam. I coś we mnie ostatecznie się przesunęło. Nie pękło. Właśnie przesunęło. Jak dźwignia, która długo nie chciała wskoczyć na miejsce, aż wreszcie zaskoczyła tak, jak trzeba.

Tydzień później mieliśmy domową kolację. Po części biznesową. Zaprosiłam dwoje potencjalnych partnerów franczyzowych. Kostia — swoich kolegów. A Artiom sam się wprosił. Zadzwonił do Kostii: „Słyszałem, że macie jakieś spotkanie. Przyjdę z Lenką”. Kostia zapytał mnie. Odpowiedziałam: niech przychodzi.

Dwanaście osób przy długim stole. Nasz salon, ten sam co zawsze. Gotowałam dwa dni. Nie dla Artioma. Dlatego, że wśród gości byli Tagirow i Biełousowa — właściciele sieci kawiarni w Samarze, którzy rozważali moją franczyzę. Ta kolacja była ważna. Naprawdę ważna.

Artiom pojawił się w swojej firmowej koszuli, przyniósł butelkę wina za dwa tysiące i Lenę. Objął Kostię, skinął mi głową, usiadł przy stole. Przez pierwszą godzinę zachowywał się przyzwoicie: żartował, opowiadał o Turcji, chwalił jedzenie. Pomyślałam nawet: może historia z basenem jednak czegoś go nauczyła.

Nie.

Kiedy przyszła pora na deser — podałam tartaletki z kremem jagodowym, również robione ręcznie — Artiom rozparł się na krześle. W ręku kieliszek czerwonego, spojrzenie już oleiste.

— A nasza Marina, swoją drogą, nie tylko świetnie gotuje, ale też świetnie je — powiedział, zwracając się do Tagirowa. — Kostian, powiedz, ile ona potrafi wciągnąć na jedno posiedzenie?

Tagirow uniósł brwi. Biełousowa odłożyła widelec.

Siedziałam na drugim końcu stołu. Przede mną — tartaletka. Jagodowy krem. Ugotowany przeze mnie rano. Cztery godziny w kuchni. Dwa dni przygotowań. Partnerzy franczyzowi. Mój dom. Mój stół. Moje jedzenie.

I ten człowiek — znowu.

W środku nagle zrobiło się bardzo cicho. Nie wściekłość. Cisza. Ta sama, która przychodzi sekundę przed ostateczną decyzją.

Wstałam. Spokojnie. Wzięłam telefon — nowy, kupiony zamiast utopionego. Osiemdziesiąt tysięcy z mojej kieszeni, bo Artiom niczego nie oddał.

— Wika — powiedziałam do słuchawki. W salonie natychmiast zrobiło się cicho. — Tu Marina. Tak, rozumiem, że jest wieczór. Posłuchaj, jutro rano przygotuj wypowiedzenia wszystkich obowiązujących umów z „Briz Media”. Wszystkich kontraktów. Projektowanie, social media, akcje sezonowe — wszystko. Powód: niezadowalająca jakość komunikacji. Tak, we wszystkich pięciu punktach. Tak, jestem pewna. Nowego wykonawcę znajdziemy w ciągu tygodnia. Dziękuję.

Znajomy mojego męża na oczach wszystkich wrzeszczał: „Gruba idiotko!” — i ryczał ze śmiechu. Nawet nie podejrzewał, że to właśnie ja co miesiąc przelewam na jego konto 400 tysięcy rubli.

Odłożyłam telefon na stół. I spojrzałam na Artioma.

On jeszcze nie rozumiał. Jeszcze nie. Patrzył na mnie takim wzrokiem, jakim patrzy się na człowieka, który nagle zaczął mówić w obcym języku.

— Marina — powiedział — co ty wyprawiasz?

— Artiom — odpowiedziałam — „Konditer-Plus” to moja firma. „Słodki Interes” to moja sieć. Pięć cukierni. Trzydziestu dwóch pracowników. Przez sześć lat twoja agencja żyła z moich zamówień. Cztery miliony osiemset tysięcy rocznie. Prawie połowa twoich obrotów. Sprawdzałam.

Widziałam, jak zmienia się jego twarz. Etapami. Najpierw — niezrozumienie. Potem — gorączkowe liczenie. Następnie — świadomość. I wreszcie strach.

— Poczekaj — odstawił kieliszek, a wino chlusnęło na obrus. — „Konditer-Plus” to ty? Wika jest od ciebie?

— Sześć lat — powiedziałam. — Przez sześć lat robiłeś reklamę dla mojej sieci. I przez siedem lat obrażałeś mnie na każdym spotkaniu. Wepchnąłeś mnie do basenu. Upokorzyłeś mnie przed moimi potencjalnymi partnerami. W moim własnym domu.

Tagirow siedział nieruchomo. Biełousowa patrzyła na Artioma tym samym spojrzeniem, które znałam aż za dobrze. Tak patrzy się na owada, który znalazł się na talerzu.

— Marina, zaczekaj — Artiom zerwał się z miejsca. Drżały mu ręce. Przez te wszystkie lata pierwszy raz zobaczyłam, jak drżą mu ręce. — To przecież praca. Nie mieszajmy w to spraw osobistych. Ja i Kostia jesteśmy przyjaciółmi. Ja po prostu nie wiedziałem. Naprawdę nie wiedziałem!

— Nie wiedziałeś, że „Konditer-Plus” to ja — skinęłam głową. — Ale doskonale wiedziałeś, że jestem człowiekiem. I było ci to obojętne.

Lena siedziała nieruchomo, ze spuszczonym wzrokiem. Jak zawsze.

Kostia patrzył na mnie. I mnie nie zatrzymywał. Po raz pierwszy od ośmiu lat — nie zatrzymywał.

— Marina — Artiom zrobił krok w moją stronę — porozmawiajmy. Nie tutaj. Na osobności. Ja…

— Nie — powiedziałam. — Przez siedem lat upokarzałeś mnie przy wszystkich. Teraz przy wszystkich ci odpowiadam. Kontrakty zostaną rozwiązane. To moja ostateczna decyzja.

Usiadłam z powrotem. Wzięłam tartaletkę. Ugryzłam. Krem jagodowy był bezbłędny — wanilia, lekka kwaśność malin, idealnie wyważony smak. Byłam z siebie zadowolona.

Artiom stał pośrodku mojego salonu, obok obrusu, na który rozlało się wino, z twarzą, jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Potem odwrócił się i wyszedł. Lena wstała i poszła za nim. Drzwi wejściowe trzasnęły.

Przy stole zrobiło się cicho. Dopiłam wodę.

Tagirow odchrząknął.

— Marino Siergiejewno — powiedział — pani franczyza naprawdę wygląda bardzo interesująco.

Uśmiechnęłam się. Prawdziwie. Po raz pierwszy tego wieczoru.

Kiedy goście się rozeszli, razem z Kostią sprzątaliśmy ze stołu. Milczał. Potem jednak powiedział:

— Rozumiesz, że teraz będzie do mnie dzwonił codziennie?

— Rozumiem.

— I co mam mu mówić?

— Prawdę. Że przyszedł do mojego domu i obraził gospodynię.

Znajomy mojego męża na oczach wszystkich wrzeszczał: „Gruba idiotko!” — i ryczał ze śmiechu. Nawet nie podejrzewał, że to właśnie ja co miesiąc przelewam na jego konto 400 tysięcy rubli.

Kostia wstawił talerz do zlewu. Spojrzał na mnie.

— Powinienem był zatrzymać go dawno temu.

Nic nie powiedziałam. Bo tak. Powinien był. Ale tego nie zrobił. I to też jest część całej tej historii.

Minęły dwa miesiące. Artiom stracił moje kontrakty. Cztery miliony osiemset tysięcy rocznie — to poważna wyrwa. Musiał zwolnić trzech pracowników. Potem przeniósł się do mniejszego biura. Opowiedział mi o tym Kostia — nadal jeździł do niego raz na dwa tygodnie.

Podobno Artiom teraz wszystkim opowiada, że jestem „pamiętliwa” i „sprytnie wykorzystałam moment”. Że „pomieszałam biznes z prywatą”. Że „normalni przedsiębiorcy tak nie postępują”.

Może i tak. A może normalni przedsiębiorcy nie wpychają swojej klientki do basenu.

Znalazłam inną agencję. Pracują nie gorzej. I rozmawiają uprzejmie. Niesamowite, prawda? Okazuje się, że reklamę można robić również bez upokarzania klienta.

Kostia nadal czasem jeździ do Artioma sam. Nie zabraniam mu. To jego przyjaciel. Ale przy naszym stole Artiom więcej nie usiadł. I mam spokój. Po raz pierwszy od siedmiu lat — prawdziwy spokój.

Tylko jedno pytanie wciąż nie daje mi spokoju.

Czy przesadziłam, rozwiązując kontrakty przy jego partnerach? Czy może on sam szedł do tego przez wszystkie te lata — przez sześćdziesiąt spotkań, przez „grubą idiotkę”, przez basen? A wy jak byście postąpili?