Pani Helena Wysocka czekała na córkę w każdą sobotę.
Trwało to już tak długo, że nawet najstarsi sąsiedzi nie potrafili powiedzieć, od której dokładnie soboty wszystko się zaczęło. Bez względu na pogodę — czy lał deszcz, szalała śnieżyca, drogę zalewało marcowe błoto, czy mróz ścinał ziemię na kamień — pani Helena wyjmowała z szafy najlepszy płaszcz, starannie wiązała pod brodą chustkę i ruszała w stronę przystanku. Tego samego, starego, betonowego, pomalowanego kiedyś na niebiesko. Farba od dawna odpadała płatami, beton popękał, a całość wyglądała tak, jakby przystanek starzał się razem ze wsią i jej mieszkańcami.
Autobus z miasteczka przyjeżdżał punktualnie w południe. Tylko raz dziennie. Helena była na miejscu co najmniej pół godziny wcześniej. Kiedy ławka była wolna, siadała. Kiedy ktoś ją zajmował, stała obok, opierając dłonie na torbie. Czasem nogi bolały, czasem marzły jej palce, ale nigdy nie narzekała. Patrzyła na drogę i czekała.
Wreszcie zza zakrętu wyłaniał się autobus. Warczał ciężko, trząsł się na nierównościach, a stary silnik brzmiał, jakby miał za chwilę się rozpaść. Pojazd zatrzymywał się, drzwi otwierały z sykiem i pasażerowie zaczynali wysiadać.
Pani Helena obserwowała każdego.
Każdą kobietę.
Każdą sylwetkę.
Każdą twarz, torbę, chustkę, sposób stawiania kroków.
I za każdym razem nadaremnie.
Autobus odjeżdżał, zostawiając za sobą zapach spalin i chmurę szarego pyłu. Helena jeszcze przez chwilę nie ruszała się z miejsca, jakby obawiała się, że właśnie teraz, sekundę po odjeździe, wydarzy się coś, co mogłaby przegapić. Dopiero później odwracała się i powoli wracała przez wieś. Mijała zamkniętą świetlicę, stare domy, krzywe płoty i podwórka coraz bardziej zarastające trawą.
A w myślach za każdym razem powtarzała:
„Może za tydzień”.
W ten sposób minęło trzydzieści lat.
Jej córka miała na imię Jolanta, choć w domu wszyscy od dzieciństwa mówili na nią Jola. Później zaczęła przedstawiać się pełnym imieniem. Jeszcze później, już w wielkim mieście, używała nowego nazwiska — eleganckiego, dobrze brzmiącego, takiego, które zdawało się nie mieć nic wspólnego ani z rodzinną wsią, ani z ojcem. Helena długo nie potrafiła go zapamiętać.
Jola wyjechała do Warszawy w 1992 roku. Chciała dostać się na studia. Miała zaledwie siedemnaście lat. Była szczupła, jasnowłosa, z długim warkoczem. Na podróż założyła prostą sukienkę, którą matka sama uszyła jej kilka miesięcy wcześniej.
Ojciec Joli nie żył już wtedy od trzech lat. Zmarł mając czterdzieści siedem lat. Serce odmówiło mu posłuszeństwa podczas pracy przy sianokosach. Upadł na łące i już się nie podniósł.
Na pożegnanie dziewczyny przyszło pół wsi. Pani Zofia przyniosła drożdżowe bułeczki zawinięte w czystą ściereczkę. Pan Władysław wcisnął Joli do torby niewielki woreczek suszonych jagód. Pan Marian wyciągnął z kieszeni kilka pogniecionych banknotów — wyglądało na to, że zebrał wszystko, co akurat miał w domu.
Jola stała na stopniu autobusu i patrzyła raz na wieś, raz na znajomych, a najdłużej na matkę. Łzy płynęły jej po policzkach.
— Mamo, przyjadę na pierwsze ferie! Naprawdę! I będę pisała. Co tydzień!
Helena próbowała się uśmiechać. Pogładziła córkę po włosach.
— Uważaj na siebie, córeczko. Tylko na siebie uważaj.
Autobus ruszył. Koła wzbiły kurz. Jola machała przez szybę tak długo, aż pojazd zniknął za zakrętem.
Na początku dotrzymywała słowa.
Listy przychodziły niemal każdego tygodnia. Później co dwa tygodnie. Potem raz w miesiącu.
Jola opisywała Warszawę, akademik, egzaminy i dziewczyny, z którymi mieszkała. Pisała, że jest ciężko i że pieniędzy prawie zawsze brakuje. Żeby się utrzymać, dorabiała: sprzątała, myła podłogi, rozdawała ulotki w pobliżu stacji metra.
Helena czytała te listy po kilka razy. Nieraz litery rozmazywały jej się przed oczami od łez. Wyobrażała sobie córkę stojącą na zimnym wietrze w cienkim płaszczu, z naręczem ulotek przyciśniętych do piersi.
Wysyłała więc do Warszawy wszystko, co tylko mogła.
Pieniądze. Paczki. Ziemniaki. Słoiki z ogórkami. Domowe konfitury. Suszoną rybę. Cokolwiek mogło pomóc dziewczynie przetrwać kolejny miesiąc.
Dla siebie zostawiała niewiele — trochę chleba, cebulę, ziemniaki. Nigdy nie uważała tego za poświęcenie. Córka była sama w wielkim mieście. Matka miała przecież obowiązek pomagać.
Z czasem jednak listy stawały się coraz rzadsze.
Najpierw jeden na pół roku.
Potem jeden na rok.
W końcu nie przyszedł żaden.
Helena zaczęła pisać sama. Dwa, czasem trzy listy w miesiącu.
„Córeczko, gdzie jesteś? Co się z tobą dzieje? Czy jesteś zdrowa? Napisz chociaż jedno zdanie. Nie wiem już, co mam myśleć”.
Nie otrzymała odpowiedzi.
W 1997 roku postanowiła pojechać do Warszawy osobiście.
Żeby zdobyć pieniądze na podróż, sprzedała krowę — ostatnie zwierzę, które dawało jej stałe utrzymanie. Kupiła bilet na pociąg i niemal dobę spędziła w wagonie, trzymając przy sobie ciężką torbę z jedzeniem i drobnymi prezentami dla córki.
Warszawa oszołomiła ją od pierwszej chwili.