— Wymyśl cokolwiek! — Piotr bezradnie rozłożył ręce, a w jego głosie pobrzmiewała już prawdziwa panika. — Jesteś kobietą, jesteś gospodynią tego domu! Zrób coś! Pokrój kiełbasę, zrób jakąś sałatkę, nie wiem… Wrzuć coś na patelnię! I na litość boską, przebierz się! Wyglądasz teraz jak… jak pomoc domowa, której dali dzień wolny!
Joanna zamknęła za sobą ciężkie drzwi wejściowe i przez kilka sekund stała oparta o nie plecami. Powoli wypuściła powietrze, jakby wraz z nim chciała wyrzucić z siebie całe napięcie nagromadzone przez ostatnie pięć dni. Piątek. Już samo to słowo brzmiało dla niej kojąco. Za nią został tydzień pełen uzgodnień, tabel, kontroli, raportów i spotkań, po których człowiek marzył jedynie o ciszy.
Praca starszej audytorki w dużej firmie potrafiła wycisnąć z niej wszystkie siły. Mimo to Joanna naprawdę ją lubiła. Ceniła porządek, logikę i przewidywalność, które dawały jej poczucie kontroli. W ostatnich miesiącach coraz wyraźniej docierało do niej, że właśnie tych trzech rzeczy najbardziej brakuje jej we własnym domu.
Zsunęła z nóg ciasne szpilki i niemal westchnęła z ulgą, kiedy obolałe stopy dotknęły chłodnego parkietu. W mieszkaniu panowała cisza. Cudowna, błoga cisza.
Jej mąż, Piotr, w piątki zwykle wracał późno. Zostawał z kolegami z pracy w pubie, gdzie — jak mawiał — omawiali „sprawy zawodowe w mniej formalnej atmosferze”, a do domu docierał dopiero wieczorem, czasem prawie w nocy. Kierował działem sprzedaży. Był energiczny, ambitny i przebojowy, lecz w ciągu ostatniego roku Joanna coraz częściej zauważała u niego jeszcze jedną cechę: niemal chorobliwą potrzebę robienia dobrego wrażenia na innych.
Poszła do sypialni, zdjęła elegancki biurowy kostium, który pod koniec dnia ciążył jej niczym zbroja, i otworzyła szafę. Na osobnym wieszaku wisiał jej ulubiony szlafrok. Miękki, frotowy, w ciepłym morelowym odcieniu. Po wielu praniach trochę stracił kolor, ale właśnie dlatego wydawał się jeszcze bardziej swojski.
Dla Joanny nie był zwykłym ubraniem po domu. Kojarzył się ze spokojem, bezpieczeństwem i tymi nielicznymi godzinami, w których nie musiała być dla nikogo pracownicą, żoną, specjalistką ani osobą rozwiązującą cudze problemy. Mogła po prostu być sobą. Wsunęła ręce w rękawy, zawiązała pasek i poczuła, że napięcie całego dnia zaczyna powoli znikać.
Plan miała prosty, a przez to idealny. Gorąca kąpiel. Kieliszek ulubionego wina. Zamówienie czegoś pysznego i zdecydowanie niezdrowego. Potem stary film, który znała niemal na pamięć, ale mogłaby oglądać bez końca. Żadnych wskaźników, terminów, harmonogramów ani problemów innych ludzi. Tylko ona i zasłużony odpoczynek.
Właśnie szła do kuchni po wodę, gdy w przedpokoju nagle szczęknął zamek. Drzwi otworzyły się z takim impetem, że uderzyły o ogranicznik. W progu pojawił się Piotr. Oddychał szybko, krawat miał przekrzywiony, a na jego twarzy malował się niepokój graniczący z paniką.
— Joanna! — wyrzucił z siebie, zrzucając buty na wycieraczkę. — Dlaczego ty tak wyglądasz?!
Zatrzymała się ze szklanką w dłoni.
— Jak wyglądam? Piotr, co się stało? Przecież miałeś gdzieś wychodzić z ludźmi z działu.
Zamiast odpowiedzieć, mąż rozejrzał się nerwowo po mieszkaniu, jakby właśnie oceniał miejsce katastrofy. Na kuchennym stole leżała poczta, której rano nie zdążyła przejrzeć. Na oparciu krzesła wisiał domowy sweter. Joanna stała pośrodku kuchni w morelowym szlafroku, z włosami niedbale spiętymi wysoko i czystą twarzą bez makijażu.
— Dlaczego jesteś w szlafroku? Oni będą tu dosłownie za chwilę! — syknął Piotr, chwytając się za głowę.
Przez moment Joanna nie potrafiła zrozumieć sensu tych słów.
— Kto będzie? O czym ty mówisz?
— Moi ludzie z pracy. Krzysztof i Monika! — Piotr odruchowo ściszył głos, jakby zaproszeni już stali pod drzwiami i mogli usłyszeć ich rozmowę. — Zaprosiłem ich na kolację! Krzysztof jest moim przełożonym, przypominam! Od tego wieczoru może zależeć mój awans. Wiesz, jak on ceni rodzinność, domową atmosferę, porządny dom. Lubi wiedzieć, jak żyją jego pracownicy. A Monika postanowiła przyjść z nim, bo jej mąż jest teraz w delegacji.
Joanna patrzyła na niego przez kilka sekund, zanim odezwała się bardzo powoli:
— Zaprosiłeś swoich współpracowników do nas na kolację i zapomniałeś mi o tym powiedzieć.
Każde słowo wypowiedziała osobno. W jej wnętrzu pojawiło się znajome, gorące uczucie irytacji. Pierwszy sygnał, że za chwilę może nadejść prawdziwa złość.
— Nie zapomniałem! — odburknął Piotr, lecz jego wzrok natychmiast uciekł w bok. — Mówiłem ci. We wtorek rano. Doskonale pamiętam.
— We wtorek rano szukałeś niebieskiej koszuli i narzekałeś na korki. Nie powiedziałeś ani jednego słowa o żadnej kolacji. Piotr, rozejrzyj się. W lodówce została połowa garnka wczorajszej zupy i dwa jogurty. Nie robiłam zakupów. Miałam dziś koszmarny dzień w pracy.
— To wymyśl coś! — Piotr znów rozłożył ręce. — Jesteś kobietą, jesteś gospodynią! Pokrój kiełbasę, zrób jakąś sałatkę, cokolwiek. Może usmaż coś na szybko. I błagam cię, przebierz się. W tym szlafroku wyglądasz jak… jak służąca, która akurat ma wolne.