Alicja nie podniosła głosu. Na jej twarzy nie pojawił się nawet cień gniewu. Nadal miała ten sam spokojny wyraz i patrzyła na siedzącą naprzeciwko kobietę bez najmniejszego drżenia. Tylko gdzieś głęboko w niej wszystkie rozsypane dotąd szczegóły nagle połączyły się w jedną całość. Obraz był chłodny, wyraźny i tak oczywisty, że nie dało się już od niego odwrócić wzroku.
— Przepraszam — odezwała się cicho, nie spuszczając oczu z pani Teresy. — Chyba pomyliła pani mieszkania.
W salonie zapadła taka cisza, jakby ktoś jednym ruchem wyłączył wszystkie dźwięki. Nawet Michał, który dotąd siedział z boku, podniósł głowę.
— Słucham? — zapytała jego matka, wyraźnie nie dowierzając temu, co właśnie usłyszała.
— To jest moje mieszkanie — ciągnęła Alicja tym samym opanowanym tonem. — Zaprosiłam panią tutaj jako gościa. Nie po to, żeby pani tu mieszkała. Nie po to, żeby ustalała zasady. A już na pewno nie po to, żeby odsyłała mnie do mojego własnego pokoju.
Pani Teresa znieruchomiała, jakby dopiero w tej chwili zrozumiała, że ta młoda kobieta, którą najwyraźniej uważała za łatwą do ustawienia, potrafi odpowiedzieć. Jej usta lekko zadrżały, lecz przez kilka sekund nie znalazła żadnych słów.
— Michał — Alicja zwróciła się do narzeczonego. — Może ty chciałbyś coś powiedzieć?
Mężczyzna wyraźnie się speszył. Zacisnął palce na podłokietniku fotela, jakby szukał w nim oparcia.
— Ala… przecież rozumiesz… Mama po prostu jest zmęczona… — wymamrotał.
— Nie — przerwała mu łagodnie, lecz stanowczo. — Nie rozumiem.
Te dwa słowa zabrzmiały jak cichy trzask. Pierwszy prawdziwy sygnał, że tego wieczoru coś właśnie zaczęło pękać.
Pani Teresa wyprostowała się gwałtownie.
— Jak ty się do mnie odzywasz?! — rzuciła ostrym głosem. — Jestem jego matką! Wychowałam syna i chyba mam prawo wiedzieć, gdzie i w jaki sposób będzie żył!
— Może pani pytać — odpowiedziała spokojnie Alicja. — Ale nie może pani tutaj rozporządzać.
Michał zerwał się z miejsca.
— Wystarczy! — powiedział.
Tyle że zabrzmiało to zaskakująco słabo. Jakby sam nie był przekonany, komu właściwie nakazuje przestać.
Alicja długo mu się przyglądała. W jej oczach nie było ani histerii, ani wściekłości. Było jedynie zmęczenie i rozczarowanie, które narastało chyba od dużo dłuższego czasu, niż chciała przed sobą przyznać.
— Cały wieczór czekałam, aż się odezwiesz — powiedziała cicho. — Czekałam, aż choć raz staniesz obok mnie. A ty przez cały czas milczysz.
Michał spuścił wzrok.
I właśnie wtedy coś w Alicji ostatecznie się skończyło.
— Wie pani, pani Tereso — powiedziała, ponownie zwracając się do jego matki — w jednej sprawie ma pani rację. Sporo pani przeszła. Być może właśnie dlatego przywykła pani do kontrolowania wszystkiego i wszystkich. Ale tutaj… — rozejrzała się po swoim salonie — to się nie uda.
Podeszła do kanapy, podniosła poduszkę, którą wcześniej odsunięto, i starannie ułożyła ją na jej dawnym miejscu.
— Tutaj gospodynią jestem ja.
Powiedziała to bez nacisku, bez groźby, niemal zwyczajnie. A jednak te kilka słów miało większą siłę niż jakikolwiek krzyk.
Pani Teresa wpatrywała się w nią bez mrugnięcia. Po raz pierwszy w jej spojrzeniu zamiast pogardy pojawiło się coś zupełnie innego — niepewność.
— Michał — Alicja ponownie spojrzała na narzeczonego. — Jeżeli naprawdę uważasz, że powinnam „pójść do swojego pokoju”, powiedz mi to teraz.
Nie odpowiedział.
Sekundy ciągnęły się nieznośnie długo.
— Rozumiem — powiedziała w końcu i krótko skinęła głową.
W tym jednym słowie kryło się więcej niż w całej awanturze, którą mogliby urządzić.
Alicja przeszła do przedpokoju, otworzyła szafę i wyjęła płaszcz pani Teresy.
— Jest już późno — oznajmiła spokojnie. — Powinna pani wracać do domu.
Cisza zrobiła się niemal ogłuszająca.
I właśnie w niej cała trójka zrozumiała, że ten wieczór nie skończy się tak, jak się zaczął. Coś zostało nieodwracalnie przesunięte.
Pani Teresa nie sięgnęła od razu po płaszcz. Nadal siedziała, obserwując Alicję, jakby czekała, aż ta się zawaha. Może była przyzwyczajona, że inni w końcu ustępowali. Że po ostrym spojrzeniu, wyrzucie czy odpowiednim tonie wycofywali się i pozwalali jej postawić na swoim.
Ale Alicja nie cofnęła się ani o krok.
Nie zachowywała się wyzywająco. Po prostu stała pewnie. I właśnie ten spokój okazał się dla pani Teresy znacznie bardziej niepokojący niż podniesiony głos.
— Michał — odezwała się wreszcie jego matka, nadal patrząc na Alicję. — Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa?
Słyszał.
Widać to było choćby po tym, jak konsekwentnie unikał spojrzenia zarówno matki, jak i narzeczonej.
— Mamo… może już tego nie ciągnijmy… — próbował załagodzić sytuację, lecz głos wyraźnie mu zadrżał.
— Czego mamy nie ciągnąć? — pani Teresa gwałtownie odwróciła się w jego stronę. — Rozmowy o szacunku do starszych? O tym, kto powinien mieć najwięcej do powiedzenia w rodzinie?
Alicja uśmiechnęła się niemal niedostrzegalnie. Nie było w tym złośliwości. Raczej zmęczenie.
— Właśnie o to chodzi — powiedziała. — Pani nie jest tutaj członkiem tego gospodarstwa domowego. Jest pani moim gościem.