Przez długi czas przepuszczałam jego złośliwości mimo uszu. Powtarzałam sobie, że nie warto brać wszystkiego do serca, że jest zmęczony, sfrustrowany i przechodzi trudny okres. Dopiero później zrozumiałam, że cierpliwość nie jest studnią bez dna. Moja po prostu któregoś dnia wyschła.
O piątej rano niebieskie cyfry zegara w pokoju dziecięcym jarzyły się w półmroku, a mała Zosia wreszcie uspokoiła się na moim ramieniu. Kołysałam się w starym, wytartym fotelu, tym samym, w którym trzy lata wcześniej karmiłam Kubę. Wiedziałam, że za chwilę telefon przypomni mi o odciąganiu mleka przed szybkim prysznicem.
Z korytarza dobiegł senny, dziecięcy głos.
— Mamusiu? To już takie prawdziwe rano czy jeszcze nocne rano?
— Ciche rano, kochanie — szepnęłam. — Idź do taty. Zaraz do ciebie przyjdę.
Nie przestawałam kołysać Zosi.
— Tata chrapie.
— Wiem, skarbie. Jest w tym naprawdę utalentowany.
Usłyszałam dreptanie bosych stóp, potem głuche uderzenie gdzieś przy sypialni i ciszę. Zamknęłam oczy na może cztery sekundy. Wtedy Zosia czknęła, poruszyła się i znów zaczęła marudzić.
O siódmej stałam już w kuchni. Pod marynarką miałam laktator, jedną ręką mieszałam owsiankę, a drugą próbowałam przesunąć slajd na laptopie. Na ekranie ładowała się prezentacja marketingowa na spotkanie o dziewiątej.
Do pracy wróciłam zaledwie kilka tygodni po porodzie, bo mojego męża, Marka, zwolniono podczas kolejnej firmowej „restrukturyzacji”. Miałam wierzyć, że to chwilowe. Że teraz ja pociągnę nas finansowo, a on za jakiś czas stanie na nogi.
Marek wszedł do kuchni, szurając kapciami. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a telefon praktycznie przyrósł do dłoni.
— Jest kawa?
— Musisz sobie zrobić.
— Ciężka noc?
— Zosia budziła się o drugiej, czwartej i piątej.
Mruknął coś, nie przestając przewijać ekranu. Kiedy zauważył, że na niego patrzę, odwrócił telefon.
Pewnie oglądał wiadomości sportowe. Albo oferty pracy.
Wolałam wierzyć w tę drugą wersję, bo na podejrzliwość zwyczajnie nie miałam już siły.
— Wczoraj była Agnieszka — powiedziałam, starając się zabrzmieć pogodnie. — Przyniosła zapiekankę ziemniaczaną z kurczakiem. Powiedziała też, że wyglądam na strasznie zmęczoną. Ale tak życzliwie, wiesz? Jak ktoś, kogo naprawdę obchodzi odpowiedź.
— Agnieszka potrafi być troskliwa.
— Piotr ma szczęście.
— Mhm.
Nawet nie podniósł wzroku.
Kiedy poszłam po buty Kuby, spojrzałam w lustro w przedpokoju. Poplamiona bluza, włosy związane w kucyk jeszcze poprzedniego wieczoru, twarz, na której brak snu zostawił wyraźne ślady.
Kiedyś byłam kobietą, która na piątkową kolację zakładała szpilki i malowała usta nawet przed wyjściem do sklepu po mleko. Chciałam wierzyć, że ta kobieta wciąż gdzieś we mnie była. Pewnie po prostu spała. Miała do tego pełne prawo.
Odwiozłam dzieci do przedszkola i żłobka, a na spotkanie wpadłam trzydzieści sekund przed rozpoczęciem. Po raz kolejny powtórzyłam sobie to samo: wspierałam Marka w trudnym czasie. Teraz moja kolej, by choć trochę oprzeć się na nim. Przecież na tym miał polegać związek.
Wieczorem, kiedy oboje dzieci w końcu zasnęło, opadłam na kanapę obok męża. Oglądał coś w telewizji, jednocześnie zerkając na telefon.
— Długi dzień — westchnęłam.
— U mnie też. Zajmowałem się pracą.
— I jak poszło?
— Powoli. — Zawahał się, a potem spojrzał na mnie z miną człowieka, który zamierza powiedzieć coś „dla mojego dobra”. — Słuchaj, Aniu, nie chcę być niemiły, ale kiedy trochę się wszystko uspokoi, powinnaś poważnie pomyśleć o siłowni. Ostatnio mocno przytyłaś.
Odwróciłam głowę.
— Słucham?
— No co? Agnieszka jakoś potrafi znaleźć czas na ćwiczenia. Ma te swoje zajęcia taneczne, świetnie wygląda. Tobie też ruch dobrze by zrobił.
Agnieszka była nową żoną Piotra, brata Marka, a więc moją nową szwagierką.
Zaśmiałam się. Nie dlatego, że było zabawnie. Po prostu gdybym się nie zaśmiała, rozpłakałabym się w ozdobną poduszkę, która wciąż lekko pachniała mlekiem i niemowlęcym ulewaniem.
Byłam wyczerpana pracą, nocnymi pobudkami, karmieniem, opieką nad niemowlęciem i trzyletnim synem oraz niekończącym się bałaganem, który pojawia się wszędzie tam, gdzie mieszkają małe dzieci. Zawsze coś trzeba było wyprać, ugotować, zetrzeć z podłogi albo znaleźć pod kanapą.
O sobie przestałam myśleć niemal całkowicie.
Nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam na siłowni. Nie pamiętałam, kiedy spokojnie zrobiłam makijaż, założyłam sukienkę czy wyszłam z domu bez torby pełnej pieluch, chusteczek i zapasowych ubranek.
Na takie rzeczy zwyczajnie nie zostawał czas.
— Marek, ja od trzech lat nawet do łazienki nie chodzę sama.
— Tylko powiedziałem.
— Wiem. Dobrze. Nieważne.
Znowu odpuściłam. Byłam przekonana, że nie chciał, żeby zabrzmiało to tak okrutnie. W tamtym czasie bardzo często znajdowałam za niego łagodniejsze wyjaśnienia.
Następne tygodnie zlały mi się w jedną długą, niewyspaną smugę.
Odciągałam mleko na parkingu przed spotkaniami. Po powrocie do domu jedną ręką odgrzewałam obiad, drugą kołysałam Zosię, a Kuba zdążał zadać mi pięćdziesiąt pytań o dinozaury, zanim zdjęłam buty.
Marek tymczasem wypracował niezwykle stabilny plan dnia. Jego centrum stanowiła kanapa.
— Wysłałeś dziś jakieś CV? — zapytałam któregoś wieczoru, przekraczając stertę prania.
— Buduję kontakty — odparł, nie odrywając wzroku od telefonu.
— Z kim?
— Z ludźmi. I tak nie zrozumiesz, Aniu.
Jak zwykle zacisnęłam usta i nic nie powiedziałam.
Na początku uwagi o Agnieszce pojawiały się sporadycznie. Potem zaczęły rozmnażać się w każdej rozmowie. Przy śniadaniu, kawie, nawet podczas zmiany pieluchy.
— Powinnaś zobaczyć nagrania z jej zajęć — powiedział pewnego ranka. — Świetnie tańczy, ma wysportowaną figurę, nosi krótkie spódnice. A ty?
— Bardzo się cieszę jej szczęściem — mruknęłam, wycierając Kubie mus jabłkowy z brody.
— Kiedyś też miałaś tyle energii.
Zatrzymałam rękę. Kuba patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a na brwi nadal miał smugę musu.
— Marek, ja niedawno urodziłam dziecko.
— Ja tylko mówię. Agnieszka też ma swoje sprawy, a jednak znajduje czas na taniec.
— Agnieszka ma dwadzieścia osiem lat i nie karmi noworodka co kilka godzin.
Wzruszył ramionami w taki sposób, jakby moja odpowiedź tylko potwierdzała jego teorię.
Tego wieczoru spróbowałam jeszcze raz porozmawiać z nim normalnie.
— Potrzebuję, żebyś więcej robił w domu — powiedziałam. — Jesteś tu przez większość dnia. Nie oczekuję cudu. Zacznij choćby od naczyń.
— Mnie też nie jest łatwo.
— Mnie również.
— U ciebie to coś innego.
— Co dokładnie?
Nie odpowiedział. Sięgnął po telefon i zanim dotknął ekranu, odruchowo odwrócił go ode mnie.
Powiedziałam sobie, że przesadzam.
Drobiazgi jednak zaczęły piętrzyć się jeden na drugim jak źle ustawiona wieża z drewnianych klocków.
Kiedy mieli przyjść Piotr i Agnieszka, Marek wziął prysznic. Nie zwykły, pięciominutowy prysznic, ale cały rytuał. Nawet użył wody kolońskiej, którą wcześniej zachowywał na rocznice i większe wyjścia.
— Szykuje się coś wyjątkowego? — zażartowałam, patrząc, jak poprawia kołnierzyk koszuli.
— Chcę po prostu wyglądać jak człowiek.
— Wczoraj też wyglądałeś świetnie w spodenkach, których nie prałeś od tygodnia.
— Bardzo śmieszne.
Podczas obiadu sam zaproponował, że odwiezie Agnieszkę, bo „Piotr musi pilnie gdzieś podjechać”.
Nie przypominałam sobie, żeby Piotr mówił o jakichkolwiek planach. Po jego zdziwionej twarzy poznałam, że on również nic o nich nie wiedział.
Agnieszka złapała mój wzrok ponad stołem i zatrzymała go odrobinę dłużej, niż było to naturalne.
Później napisała do mnie. Nie wspomniała o dziwnym zachowaniu Marka. Zapytała tylko: „Jak się naprawdę trzymasz? Zrobiłam za dużo gołąbków. Mogę ci trochę podrzucić?”
Od tamtej pory zaczęła przywozić jedzenie częściej.
Któregoś dnia wzięła Zosię na ręce, żebym mogła wreszcie zjeść coś, co było jeszcze ciepłe.
Pytała też o moją pracę i słuchała odpowiedzi, jakby naprawdę ją interesowała.
Ciągle czekałam na jakiś haczyk. Nie było żadnego.
— Wyglądasz na wykończoną, Aniu — powiedziała pewnego popołudnia, siedząc na podłodze w kuchni, podczas gdy Kuba prezentował jej kolekcję dinozaurów.
— Wszystko w porządku.
— Przy mnie nie musisz udawać.
Prawie się rozpłakałam. Zrzuciłam winę na hormony.
W tamtym tygodniu postanowiłam odzyskać choć maleńki kawałek dawnej siebie. Gdy owsianka obracała się w mikrofalówce, uznałam, że zrobię jeden przysiad.
Jeden. Co mogło pójść nie tak?
Okazało się, że całkiem sporo.
W połowie ruchu coś strzeliło mi w dolnej części pleców. Zamarłam w półprzysiadzie, z rękami wyciągniętymi przed siebie, jakbym właśnie poddawała się bardzo małej armii.
Do kuchni wszedł Kuba. Przyjrzał mi się uważnie, przekrzywił głowę i zapytał:
— Mamusiu, czemu utknęłaś jak żaba? Będziesz teraz skakać?
— Nie, kochanie.
— A umiesz skoczyć?
— W tej chwili zdecydowanie nie.
Pokiwał głową z powagą, otworzył lodówkę i wyjął serek, podczas gdy jego matka nadal tkwiła przy mikrofalówce w pozycji wyjątkowo niegodnej dorosłej osoby.
Roześmiałam się tak mocno, że popłynęły mi łzy. Potem bardzo ostrożnie się wyprostowałam, jak składane krzesło, które straciło zaufanie do świata.
To był mój największy sukces tygodnia: własny trzylatek porównał mnie do żaby.
Wieczorem Marek znowu wrócił do swojego ulubionego tematu.
— Ty w ogóle patrzysz na Agnieszkę? Ona jest po prostu ucieleśnieniem kobiecego piękna.
Od dawna zauważałam, jak często mój mąż i jego brat rozmawiają o tym, jaka Agnieszka jest atrakcyjna. Mimo wszystko starałam się zachować spokój.
— Fajnie, że dostrzegasz jej zalety — powiedziałam. — Ale wygląd jest teraz bardzo nisko na mojej liście spraw. Przy moim planie dnia próbuję po prostu przetrwać.
Nadal miałam nadzieję, że może wreszcie mnie usłyszał.
Stracona nadzieja.
W piątek wieczorem Marek wrócił do domu niemal podskakując z ekscytacji.
— Dobra! — oznajmił, otwierając piwo, którego sam nawet nie kupił. — Robię imprezę przy basenie. Czterdzieste urodziny. Ma być konkretnie!
— Tutaj?
— A gdzie? Piotr przyjdzie. Agnieszka oczywiście też.
Oczywiście.
— Marek, jestem wykończona. Zosia nadal nie przesypia nocy. Kuba…
— Ania. Kończę czterdzieści lat!
Spojrzałam na niego. Na świeżą fryzurę, o której nawet mi nie wspomniał. Przypomniałam sobie telefon wiecznie odkładany ekranem do dołu i czasy, gdy bez okazji przynosił mi kwiaty.
— Dobrze — powiedziałam. — Będziesz miał imprezę.
Stałam przed nim w poplamionej koszulce i nagle postanowiłam, że bez względu na zmęczenie wyjdę nad basen jak kobieta, którą kiedyś byłam. Nie dlatego, żeby komukolwiek coś udowodnić. Chciałam choć na chwilę zobaczyć ją znowu sama.
W sobotę czwarta rano nadeszła zdecydowanie za wcześnie.
Stałam w kuchni z rękawem cukierniczym w jednej dłoni i podgrzewaczem do butelki w drugiej. Dekorowałam babeczki, a Zosia drzemała w leżaczku obok moich nóg.
Marek spał na górze.
Do dziewiątej zawiesiłam girlandy na tarasie, napompowałam wielką palmę do basenu, ubrałam Kubę w jego małe kąpielówki i przymocowałam do ogrodzenia baner „Wszystkiego najlepszego na 40. urodziny!”.
Godzinę później solenizant zszedł na dół, przeciągając się i ziewając.
— No proszę, wygląda całkiem nieźle — powiedział. — Tylko nie przesadziłaś z tym całym kiczem?
— Jest dokładnie tyle kiczu, ile potrzeba.
Goście zaczęli schodzić się przed południem.
Piotr wszedł z torbą termiczną przewieszoną przez ramię. Agnieszka niosła wielką miskę owoców. Kiedy mnie zobaczyła, od razu mnie przytuliła.
— Aniu, usiądź. Mówię serio — szepnęła. — Daj mi Zosię. A ty zjedz coś, co nie jest chrupkiem dla dzieci.
Roześmiałam się zaskoczona.
— Na pewno?
— Dawaj dziecko.
Już wyciągała do niej ręce.
Zjadłam na stojąco faszerowane jajko, czując się jak głodny szop, który właśnie zdobył łup.
Około drugiej wreszcie poszłam na górę. Wyciągnęłam z szafy jedyny kostium kąpielowy, który nadal na mnie pasował, i przez dłuższą chwilę patrzyłam na siebie w lustrze, zanim go założyłam.
Przypomniałam sobie, że wyglądam normalnie. To ciało wydało na świat dwoje dzieci. Było zmęczone, miękkie, inne niż kiedyś, ale nie było moim wrogiem.
Wyszłam na taras z uniesioną głową.
W basenie byli niemal wszyscy, którzy potrafili pływać.
Piotr stał na płyciźnie obok Marka z piwem w dłoni, którego prawie nie ruszał. Agnieszka siedziała na leżaku, a Zosia spała wtulona w jej pierś.
Podeszłam bliżej i wtedy Marek wybuchnął śmiechem. Głośnym, grubiańskim, nieprzyjemnym. Piotr też parsknął, lecz gdy tylko zobaczył moją twarz, natychmiast spuścił wzrok na wodę. Wyglądał, jakby oddał wszystko, żeby znaleźć się gdziekolwiek indziej.
Zatrzymałam się.
— Co was tak bawi?
Marek otarł łzy z kącików oczu.
— Przepraszam, przepraszam, nie mogłem się powstrzymać! Agnieszka przed chwilą pływała i… no sama spójrz. Chyba każdy widzi, że w kostiumie wygląda dużo atrakcyjniej od ciebie.
W jednej chwili ucichł cały taras. Ktoś odłożył widelec i metal zadźwięczał o talerz.
Twarz Agnieszki stężała.
Poczułam, jak jego słowa trafiają dokładnie tam, gdzie przez miesiące pozwalałam mu uderzać bezkarnie.
Tym razem jednak nie odpowiedziałam.
Pomyślałam tylko: dosyć.
Odwróciłam się, weszłam do domu, wbiegłam po schodach i zamknęłam drzwi sypialni.
Usiadłam na brzegu łóżka i przycisnęłam dłonie do ust.
Po chwili rozległo się ciche pukanie. Agnieszka weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
— Aniu — powiedziała cicho. — Muszę ci coś powiedzieć. Od kilku tygodni aż mnie skręca, kiedy patrzę na to wszystko.
— Agnieszka, proszę. Teraz naprawdę nie mogę.
— Możesz. I powinnaś to usłyszeć.
Spojrzałam na nią.
Usiadła obok mnie i wyjęła telefon.
— Marek pisze do mnie od kilku tygodni. Wysyła zdjęcia. Proponuje kawę. Twierdzi, że wasze małżeństwo „właściwie już się skończyło”. Ani razu mu nie odpowiedziałam, ale zachowałam wszystkie wiadomości. Przed chwilą pokazałam je Piotrowi.
Miałam wrażenie, że pokój przechyla się na bok.
— Co?
— Dlatego zaczęłam częściej przychodzić i pytać, jak się masz. Chciałam ci powiedzieć w odpowiednim momencie, a nie przy wszystkich. Nie chciałam być kobietą, przez którą twoje życie się rozpadnie.
Podała mi telefon.
Przewijałam wiadomość po wiadomości, aż wszystkie dziwne szczegóły ostatnich miesięcy ułożyły się w jeden obraz.
Woda kolońska przed rodzinnym obiadem.
Natarczywe propozycje, że odwiezie Agnieszkę.
Telefon odwracany ekranem w dół.
Ciągłe „Agnieszka, Agnieszka, Agnieszka”, jakby przeprowadzał przede mną jej casting.
To nigdy nie chodziło o moje ciało.
Marek wcześniej układał sobie wygodną historię. Taką, w której mógłby odejść, a winą obarczyć moją figurę po porodzie. Taką, w której moja przemęczona twarz, dodatkowe kilogramy i brak czasu dla siebie miały stać się dowodem, że to ze mną jest coś nie tak.
Spojrzałam na Agnieszkę.
— Powiedziałaś Piotrowi?
— Tak. Jest po naszej stronie.
Zaśmiałam się krótko, ostro i zupełnie bez radości.
— Mój mąż właśnie porównał swoją trzydziestopięcioletnią żonę do ciebie na własnych urodzinach. Po tym wszystkim, co do ciebie wypisywał.
Agnieszka milczała.
Wytarłam twarz grzbietem dłoni, wstałam i spojrzałam w lustro.
— Mogę pożyczyć twój telefon jeszcze na minutę?
— Jasne.
Zeszłam na dół.
Goście nadal stali przy basenie, rozmawiając półgłosem i udając, że nie usłyszeli tego, co powiedział Marek.
Wzięłam mikrofon.
Stuknęłam w niego dwa razy palcem. Rozmowy ucichły.
— Kochani, chciałabym wznieść toast za mojego męża z okazji czterdziestych urodzin. Posłuchajcie uważnie.
Kilka osób niepewnie podniosło kieliszki i szklanki. Marek się uśmiechnął. Był przekonany, że za chwilę będę go wychwalać.
— Przez ostatnie miesiące mój mąż bardzo hojnie informował mnie, że przytyłam. Radził, żebym bardziej przypominała Agnieszkę. Mówił, że ona jest, cytuję, „ucieleśnieniem kobiecego piękna”.
Po tarasie przeszedł nerwowy pomruk.
— Dzisiaj, na swojej własnej imprezie, uznał za stosowne ogłosić przy wszystkich, że Agnieszka wygląda w kostiumie dużo atrakcyjniej ode mnie. Teraz już rozumiem, skąd to niezwykłe zainteresowanie.
Uniosłam telefon.
Odczytałam dwie krótkie wiadomości, które wysłał do Agnieszki. Wspomniałam o zdjęciach bez koszulki i o tekście, w którym zapewniał ją, że jego małżeństwo „właściwie już się skończyło”.
Na podwórku zapanowała cisza tak pełna, że było słychać plusk wody przy filtrze basenowym.

— Moja szwagierka zachowała się z klasą i ani razu mu nie odpisała. Zatrzymała wszystkie wiadomości, pokazała je Piotrowi i przyszła z tym do mnie. Dlatego chcę jej publicznie podziękować za to, że okazała mi więcej lojalności niż mój własny mąż.
Piotr odstawił piwo na stół. Przeszedł przez taras i bez słowa stanął obok mnie i Agnieszki.
Spojrzałam na Marka.
— Wszystkiego najlepszego z okazji czterdziestki. Mam nadzieję, że w tym roku wreszcie znajdziesz to, czego tak zawzięcie szukasz. Ale pod tym adresem już tego nie będzie.
Marek poczerwieniał aż po uszy.
Wtedy Kuba pociągnął mnie za brzeg kostiumu.
— Mamusiu, impreza już się skończyła? Bo ja chcę tort.
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy tego dnia roześmiałam się naprawdę.

— Dobrze, kochanie. Dostaniesz pierwszy kawałek.
I rzeczywiście mu go ukroiłam.
Kilka tygodni później znów zobaczyłam siebie w lustrze w przedpokoju.
Miałam na sobie czerwoną sukienkę i pomadkę. Zosia siedziała mi na biodrze, a Kuba próbował sam wcisnąć stopy do butów przed naszym sobotnim wyjściem z Agnieszką.
Patrzyłam na kobietę w lustrze dłużej niż zwykle.
I wtedy dotarło do mnie coś prostego.
Ona nigdy nie była problemem.