Teściowa spojrzała na zięcia i powiedziała: „Nie musisz mnie żałować” — ale tej nocy w przydrożnym motelu oboje zobaczyli się zupełnie inaczej

Tamtej nocy utknęliśmy z zięciem w tanim motelu przy szosie, gdzieś między małą mazowiecką wsią a Siedlcami. Za oknem wiatr wył jak głodny pies sąsiadów, którego ktoś zapomniał wpuścić do domu, a nasz stary Polonez stanął na poboczu tak nagle, jakby po prostu miał już dość kolejnych kilometrów. Pomoc drogowa zapowiedziała, że dotrze dopiero o świcie. W pokoju pachniało wilgocią, starym drewnem i cudzymi niespełnionymi planami. Sprężyny w łóżkach skrzypiały przy każdym ruchu, jakby za chwilę miały się pod nami rozsypać.

Mam na imię Teresa i mam pięćdziesiąt sześć lat. Nigdy nie uważałam się za kobietę, za którą mężczyźni tracą rozum, ale też nie zamierzałam zapisywać się do grona staruszek. Wciąż potrafiłam zadbać o siebie i niejednej młodszej kobiecie mogłam jeszcze pokazać, jak nosi się sukienkę z pewnością siebie.

Naprzeciwko mnie siedział Marcin, mój zięć. Wysoki, szczupły, z podkrążonymi oczami i ciemnym zarostem, który nadawał mu wygląd bohatera starego polskiego filmu sensacyjnego.

Wracaliśmy od mojej siostry Krystyny, mieszkającej w małej wsi pod Łukowem. Krysia nadal piekła drożdżowe placki wielkie jak pokrywki od garnków i każdego gościa próbowała częstować własną ziołową nalewką, przygotowywaną według tajemniczego „przepisu po dziadku”.

Moja córka Katarzyna została w Siedlcach. Jak zwykle w ostatniej chwili znalazła się pilna praca, ważniejsza od rodzinnego spotkania.

Tak właśnie skończyliśmy z Marcinem sami w pokoju z dwoma wąskimi łóżkami i pościelą, która wyglądała tak, jakby pamiętała jeszcze czasy kartek na mięso.

— No dobrze, Marcin — powiedziałam, wyciągając z torby butelkę żytniej wódki, którą przezornie zabrałam z domu. — Nie będziemy chyba siedzieć tutaj jak dwa kołki wbite w bagno. Napijmy się po trochu, przynajmniej człowiek się rozgrzeje, zanim ta pomoc drogowa łaskawie przyjedzie.

Marcin uśmiechnął się krzywo. W jego spojrzeniu znać było zmęczenie człowieka, który od lat mieszka z Katarzyną.

Miał zaledwie trzydzieści dwa lata, ale chwilami wyglądał tak, jakby od całej dekady dźwigał na barkach jej trudny charakter.

Rozlałam wódkę do plastikowych kubeczków, bo niczego lepszego w pokoju nie było.

Stuknęliśmy się nimi tak głośno, że pewnie obudziliśmy wszystkie karaluchy ukryte za tapetą.

— Za co pijemy, pani Tereso? — zapytał Marcin, przełykając pierwszy łyk powoli, jakby miał w kubku kilkunastoletnią whisky.

— Za to, żeby nasze życie psuło się rzadziej niż ten przeklęty Polonez — odparłam i opróżniłam kubeczek.

Alkohol zapiekł w gardle, a po chwili po całym ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Nagle poczułam się o dwadzieścia lat młodsza.

— Bo ty, Marcin, jesteś jeszcze młody chłop, a wzdychasz jak stary Żuk pod górkę.

Roześmiał się głośno i odchylił na krześle.

Krzesło odpowiedziało przeciągłym skrzypnięciem, jakby samo chciało poskarżyć się na swój los.

— To aluzja do Kasi? — zapytał. — Niedługo naprawdę odstawi mnie do garażu. Codziennie wieczorem coś nowego: zupa za mało słona, buty stoją nie tam, gdzie trzeba, oddycham za głośno.

Prychnęłam śmiechem i ponownie napełniłam kubki.

Rozmowa popłynęła szybko, jak rów po wiosennej ulewie.

Najpierw śmialiśmy się z Krystyny, która próbowała poić nas nalewką z trzylitrowego słoja z wyblakłą etykietą „Kompot 1978”.

Potem, prawie nie zauważając kiedy, zeszliśmy na własne życie.

Wódka rozwiązała nam języki i po jakimś czasie rozmawialiśmy jak starzy znajomi, którzy przypadkiem znaleźli się w jednym przedziale nocnego pociągu.

— Posłuchaj, Marcin — odezwałam się, patrząc na niego ponad krawędzią kubeczka. — Co właściwie dzieje się między tobą a Kasią? Jesteś młody, zdrowy, przystojny. A ona chodzi wiecznie z miną, jakby połknęła kwaśną cytrynę razem ze skórką. Wy w ogóle jeszcze potraficie się nawzajem rozgrzać?

Marcin spoważniał.

Obracał kubeczek w palcach, jakby liczył, że na dnie znajdzie gotową odpowiedź.

— Sam nie wiem, pani Tereso. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy jak dwa odsłonięte przewody. Tylko zamiast iskry ciągle mamy zwarcie. Staram się, ale Kasi nic nie pasuje. Przecież sama pani wie, jaka ona jest.

Wiedziałam aż za dobrze.

Katarzyna od dziecka była uparta. Zupełnie jak jej ojciec: jeśli raz coś postanowiła, nie było człowieka, który potrafiłby ją przekonać do zmiany zdania.

Marcin najwyraźniej był już zmęczony nieustannym niezadowoleniem żony.

Pochyliłam się trochę do przodu. Alkohol wygładzał ostre krawędzie świata i nagle nabrałam ochoty, żeby go trochę sprowokować.

— A próbowałeś kiedyś porządnie nią potrząsnąć? Kobietę czasem trzeba rozpalić jak wilgotne drewno w starej saunie. Inaczej tylko dymi. Może twoja Kasia zwyczajnie dawno ostygła?

Marcin zakrztusił się i zaczął kaszleć.

Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Było w nich jednocześnie zakłopotanie i zupełnie szczere zainteresowanie.

— Pani mówi poważnie? Przecież rozmawiamy o pani córce.