Po urlopie spędzonym z kochanką mąż wrócił do domu i przywiózł bezpłodnej żonie okrutny prezent — lalkę z „ciążowym” brzuchem… Nie wiedział jednak, że ona również coś dla niego przygotowała. Gdy zobaczył jej prezent, w jednej chwili pobladł.

Kiedy Alicja podała mu niewielkie pudełko owinięte zwykłym szarym papierem, bez kokardy i jakichkolwiek ozdób, po raz pierwszy od wielu lat zamiast swojej zwyczajowej, pełnej kpiny pewności siebie poczuł niepokój. Było w niej coś, czego wcześniej nie znał. Stała wyprostowana, spokojna, patrzyła mu prosto w oczy i ani przez moment nie sprawiała wrażenia kobiety, która zamierza prosić, tłumaczyć się albo ratować małżeństwo. Tak nie wita się męża wracającego z rzekomego „wyjazdu służbowego”, podczas którego bez najmniejszych wyrzutów sumienia spędzał czas z inną kobietą.

— Otwórz — powiedziała cicho, niemal łagodnie.

Uśmiechnął się pod nosem. Uznał, że to kolejna próba pojednania. W myślach widział już inną scenę — tę, którą sam przygotował. Za chwilę miał wyjąć z torby lalkę z dużym „ciążowym” brzuchem i postawić ją na stole. Miała być jego złośliwym żartem, symbolem tego, czego Alicja, jak wielokrotnie jej wypominał, „nie potrafiła mu dać”. Wyobrażał sobie nawet, jak jej twarz blednie, a usta zaczynają drżeć.

Tyle że tym razem wszystko potoczyło się inaczej.

W pudełku nie było żadnego romantycznego drobiazgu. Leżała tam zwyczajna tekturowa teczka. Bez dekoracji, bez bileciku, bez najmniejszej sugestii, że miał to być prezent. Zmarszczył brwi.

— Co to ma być? Jakieś papiery? — rzucił pogardliwie.

— Po prostu przeczytaj — odpowiedziała Alicja i spokojnie cofnęła się o krok.

Początkowo przerzucał kartki bez większego zainteresowania. Wzrok ślizgał mu się po kolejnych stronach, jakby chciał jak najszybciej skończyć tę niezrozumiałą zabawę. Po kilku sekundach jednak znieruchomiał. Palce zatrzymały się na jednej z kartek.

Wyniki badań. Opinie lekarzy. Pieczątki kliniki.

I jego nazwisko.

— Co to za bzdury?… — zapytał, lecz głos nagle stracił dawną pewność i zabrzmiał chrapliwie.

— To nie są bzdury — odparła równie spokojnie. — Klinika leczenia niepłodności. Zawsze mówiłeś, że najbardziej cenisz fakty, prawda?

Poczuł, jak po plecach przechodzi mu zimny dreszcz. Na dokumencie wszystko było zapisane jasno, bez miejsca na domysły:

„Azoospermia. Biologiczne ojcostwo niemożliwe”.

— To… to niemożliwe… — wyszeptał, zaciskając dłoń na krawędzi komody.

Dopiero wtedy Alicja się uśmiechnęła. Nie było jednak w tym uśmiechu triumfu. Nie było satysfakcji ani radości. Tylko ogromne zmęczenie i ulga człowieka, który wreszcie przestał dźwigać cudzą winę.

— Możliwe. I właśnie taka jest prawda. Ja badałam się trzy razy, u różnych specjalistów. A ty ani razu. Bo przecież, jak zawsze powtarzałeś, „mężczyzn takie problemy nie dotyczą”, pamiętasz?

W jednej chwili przypomniały mu się wszystkie docinki. Każde szyderstwo, którym przez lata wbijał jej szpilę. Każdy komentarz o tym, że jest „wybrakowana”, „pusta”, że jako kobieta zawiodła. I nagle przed oczami stanęła mu lalka ukryta w torbie pozostawionej w bagażniku samochodu.

— Wiesz co? — odezwała się Alicja ciszej. — W pewnym sensie jestem ci nawet wdzięczna. Gdybyś nie był dla mnie tak okrutny, chyba nigdy nie zdobyłabym się na to, żeby sprawdzić całą prawdę.

Podeszła bliżej i spojrzała mu prosto w twarz.

— A teraz wyjdź. I zabierz ze sobą tę swoją lalkę.

Rozchylił usta, lecz nie znalazł żadnej odpowiedzi.

Nie wiedział jeszcze, że to, co właśnie usłyszał, było dopiero początkiem.

Wyszedł z mieszkania, ale nie potrafił odejść daleko. Nogi nagle zrobiły się ciężkie, jakby ktoś przywiązał do nich kamienie. Na klatce schodowej unosił się zapach chłodnego kurzu, a w głowie nieustannie powtarzało mu się jedno słowo: niemożliwe.

Usiadł na parapecie między piętrami i ścisnął teczkę tak mocno, jak gdyby zgniecenie dokumentów mogło unicestwić również to, co w nich zapisano.

„Pomyłka… fałszerstwo… chce się zemścić…” — próbował gorączkowo przekonywać samego siebie.

Godzinę później siedział już w samochodzie i dzwonił do kliniki. Kobieta w rejestracji mówiła uprzejmie, rzeczowo, bez cienia emocji.

Tak, dokumentacja była prawdziwa.

Tak, badanie wykonano dwukrotnie.

Nie, w tym przypadku nie było podstaw, by mówić o pomyłce.

Telefon wysunął mu się z dłoni i upadł na fotel pasażera.

I właśnie wtedy przypomniał sobie Karolinę — młodą, głośną, zawsze roześmianą kobietę, z którą spędził swój „służbowy wyjazd”.

— Chyba jestem w ciąży… — powiedziała mu tuż przed jego powrotem.

Wtedy roześmiał się z zadowoleniem i nazwał jej wiadomość „miłą niespodzianką”.

Teraz nie potrafił wydobyć z siebie nawet najcichszego śmiechu.

Do mieszkania wrócił późnym wieczorem. W środku panowała ciemność.

Rzeczy Alicji zniknęły. Szafy były puste, półki uprzątnięte, jakby kobieta, z którą przeżył tyle lat, nigdy tu nie mieszkała.

Na kuchennym stole czekała krótka wiadomość:

„Złożyłam pozew o rozwód. Nie szukaj mnie. Nie chcę już żyć z człowiekiem, który świadomie i z premedytacją sprawiał mi ból”.

Usiadł przy stole i przez długi czas wpatrywał się w pustą ścianę. Cisza w mieszkaniu była zupełnie inna niż wcześniej. Nie słyszał jej próśb. Nie było pretensji, tłumaczeń, prób przypodobania mu się ani desperackiego ratowania tego, co od dawna nie zasługiwało już na nazwę małżeństwa.