— Częstujcie się ziemniakami, drodzy goście, skoro znowu przyjechaliście z pustymi rękami! — oznajmiła gospodyni na działce, postanawiając wreszcie dać wszystkim do zrozumienia, że cierpliwość też ma swoje granice

Zapach dymu z grilla snuł się po całej działce już od rana. Anna rozpaliła ogień wcześniej niż zwykle, żeby drewno zdążyło się dobrze wypalić, a w porze obiadowej został równy, mocny żar. Piotr stał przy ogrodzeniu i obserwował żonę z miną człowieka, który zorientował się, że tego dnia wydarzy się coś nietypowego, lecz na jakąkolwiek interwencję było już zdecydowanie za późno.

— Umyjesz ziemniaki? — zapytała Anna, nie odwracając głowy.

— Aniu…

— Zapytałam, czy umyjesz ziemniaki.

Piotr bez słowa chwycił wiadro i poszedł w stronę studni. Doskonale wiedział, że dyskusja z żoną będącą w takim nastroju miałaby tyle samo sensu, co przekonywanie deszczu, żeby przestał padać.

Goście pojawili się około drugiej po południu. Marek wjechał swoim dużym SUV-em prosto na trawnik przed domkiem, choć miejsce do parkowania znajdowało się tuż przy bramie. Z samochodu wysiadł pierwszy: wysoki, hałaśliwy, pewny siebie, z charakterystycznym uśmiechem człowieka, który w każdym domu czuł się jak szczególnie wyczekiwany gość. Zaraz za nim pojawiła się jego żona Katarzyna, trzymając papierową torbę, w której bez trudu można było rozpoznać kształt butelki. Potem wysiedli jeszcze znajomy Marka, Tomasz, oraz jego dziewczyna, którą Anna widziała wcześniej zaledwie raz.

— Piotrek! — Marek szeroko rozłożył ramiona i ruszył w stronę brata. — No i jak? Mięso już gotowe? Grill wyczułem chyba jeszcze po drodze!

Piotr przywitał się z bratem, a potem ukradkiem spojrzał na Annę.

Stała przy grillu z długim widelcem w dłoni i przyglądała się przyjezdnym z całkowitym spokojem.

Może nawet zbyt wielkim spokojem.

— Zapraszam — powiedziała. — Siadajcie.

Stół wyglądał tak, jakby przygotowywano prawdziwą rodzinną ucztę. Kraciasty obrus, równo ustawione talerze, sztućce, serwetki — wszystko było schludne i odświętne. Marek podszedł do stołu z zadowoleniem niemal solenizanta, ale nagle się zatrzymał.

Przed nim stała duża miska ugotowanych ziemniaków, półmisek rumianych kotletów ziemniaczanych udekorowanych krążkami smażonej cebuli, solniczka oraz dzbanek zwykłej wody.

— A gdzie… — zaczął.

— Częstujcie się ziemniakami, drodzy goście, skoro przyjechaliście z pustymi rękami! — powiedziała Anna tak serdecznie, jakby wypowiadała najzwyklejszą formułkę gościnnej gospodyni, po czym jako pierwsza nałożyła sobie kotlet.

Zapadła cisza.

W jej środku wyjątkowo wyraźnie było słychać tylko wiatr poruszający koronami brzóz rosnących za ogrodzeniem.

A przecież wszystko zaczęło się trzy lata wcześniej, kiedy Anna po raz pierwszy poważnie poruszyła temat kupna własnej działki.

Piotr odziedziczył po babci połowę niewielkiego domku na starych rodzinnych ogródkach działkowych, położonych mniej więcej siedemdziesiąt kilometrów od miasta. Okolica była naprawdę ładna, ale sam dojazd potrafił człowieka wykończyć. Najpierw trzeba było jechać pociągiem podmiejskim, potem przesiadać się do autobusu, a na końcu jeszcze długo iść pieszo przez pola. Ogródki pamiętały poprzednią epokę i z roku na rok coraz bardziej podupadały. Sąsiedzi pojawiali się sporadycznie. Wodę nabierało się ze starej, zardzewiałej rury, toaleta stała na zewnątrz, a prądu czasem nie było przez kilka dni.

— Trzeba to sprzedać — powiedziała któregoś dnia Anna, kiedy wrócili do mieszkania, a ona próbowała domyć błoto, które wżarło się w jej buty. — I kupić coś normalnego.

— A co dla ciebie znaczy „normalnego”?

— Coś bliżej miasta. I takie miejsce, w którym można naprawdę odpoczywać, zamiast za każdym razem walczyć o podstawowe rzeczy.

Piotr natychmiast znalazł kilka powodów, dla których sprzedaż była złym pomysłem. To przecież pamiątka po babci. Nie wiadomo, skąd wziąć dodatkowe pieniądze. Kredyt będzie ciążył przez lata. Może zamiast sprzedawać, wystarczy zrobić remont i doprowadzić domek do porządku?

Anna nie należała do osób, które naciskają bez końca.

Poczekała.

Minęło niemal pół roku, zanim Piotr sam zaczął mieć dość kolejnych wypraw na starą działkę. Pewnego dnia wrócił z pracy i oznajmił, że znalazł parcelę z niedużym domkiem zaledwie pół godziny jazdy od ich mieszkania.

— Już tam byłem — przyznał lekko zmieszany, jakby właśnie podpisywał kapitulację.

— I?

— Domek nieduży, ale solidny. Około dziesięciu arów ziemi, kilka starych jabłoni i sprawna studnia.

— W takim razie pojedziemy obejrzeć razem — odpowiedziała Anna bez chwili namysłu.

Starą działkę po babci sprzedali. Do pieniędzy ze sprzedaży dołożyli oszczędności, zaciągnęli kredyt i pod koniec kwietnia odebrali upragnione klucze.

Teraz mieli coś naprawdę swojego.

Własny kawałek ziemi. Nieduży domek z schludnie odmalowanymi obramowaniami okien. Jabłonie, które akurat tonęły w białych kwiatach. Pierwszego dnia Anna obeszła teren trzy razy. Niczego nie komentowała. Po prostu chodziła, patrzyła i przyzwyczajała się do myśli, że to miejsce naprawdę istnieje i należy do nich.

W drodze powrotnej powiedziała:

— Piotr, może na razie nikomu o tym nie mówmy.

— Dlaczego?