Sierpniowe słońce rozgrzało chodniki tak mocno, że powietrze nad asfaltem falowało jak nad rozpaloną kuchenką. Anna stała w przedpokoju z dwiema ciężkimi torbami zakupów i słuchała głosu Pawła dobiegającego z salonu. Mówił leniwie, bez emocji, tym samym chłodnym tonem, który przez lata stał się dla niej częścią codzienności.
— Znowu kupiłaś to najtańsze masło? Ile razy mam ci mówić, żebyś brała porządne? Chociaż czego ja od ciebie wymagam. Ty przecież nigdy nie miałaś gustu.
Anna odstawiła torby na szafkę. Powoli i uważnie, żeby nic nie spadło. Na takie słowa reagowała już niemal automatycznie. Po dwunastu latach ten ton był jak buczenie lodówki albo skrzypienie starej podłogi — stale obecny, męczący, ale tak znajomy, że człowiek przestaje go zauważać.
— Kupiłam też kurczaka i warzywa. Chciałam zrobić pieczoną paprykę, tak jak lubisz.
— Tak jak ja lubię? Przez tyle lat ani razu nie zapamiętałaś, jak ja lubię. Kroisz paprykę, jakbyś rąbała drewno. I spójrz na siebie. Znowu ta wyciągnięta bluza. Naprawdę jest ci już wszystko jedno, jak wyglądasz? A potem ja mam się za ciebie wstydzić.
Anna spuściła wzrok. Wiedziała, jak działa ten mechanizm. Jeśli zamilknie, Paweł po kilku minutach się zmęczy. Jeśli odpowie, dostanie całą listę swoich błędów, wad i rzeczy, które robiła „nie tak”. Tę matematykę upokorzenia znała na pamięć.
— Jestem po prostu zmęczona. Zosia cały dzień uczyła się do sprawdzianów, pomagałam jej.
— No właśnie. Zawsze jesteś zmęczona. Tylko czym? Siedzisz w domu i właściwie nic nie robisz. Inne kobiety potrafią o siebie zadbać i jeszcze wszystko ogarnąć. A ty? Jesteś jak funkcja. Obsługa. I pewnie wynajęta pomoc radziłaby sobie lepiej.
Nie podniósł głosu. Nie wyglądał nawet na rozgniewanego. Wypowiedział to zwyczajnie, jak informację o temperaturze albo cenie paliwa. I właśnie ta codzienna obojętność bolała Annę bardziej niż krzyk.
— Paweł, proszę. Nie przy Zosi.
— A co Zosia? Ma czternaście lat, wszystko widzi. Nie jest dzieckiem. Widzi, że jej matka zamieniła się w cień. Nikt cię tu nie trzyma, Anna. Nikt.
Słyszała to już wcześniej. Za pierwszym razem słowa przecięły ją jak nóż. Później piekły. Z czasem zostało po nich tylko tępe, oswojone cierpienie gdzieś pod żebrami. Tego dnia jednak wydarzyło się coś innego. Anna spojrzała na torby z zakupami, na własne dłonie, na stary chodniczek przy drzwiach. Potem zdjęła z wieszaka płaszcz, zupełnie absurdalny w sierpniowym upale, i narzuciła go na ramiona.
— Dokąd idziesz? Hej, mówię do ciebie!
— Słyszę cię, Paweł. Od dwunastu lat cię słyszę.
Wyszła bez trzaskania drzwiami. Bez łez i bez sceny. Po prostu nacisnęła klamkę i weszła w rozpalone powietrze.
Paweł nawet nie podniósł się z kanapy.
Apteka była dwie przecznice dalej. Anna weszła do niej niemal odruchowo. Nogi nagle zrobiły się miękkie, a w głowie zakręciło jej się tak, jakby ktoś wyjął z niej wszystkie podpory. Zatrzymała się przy półce z witaminami i zacisnęła palce na szklanym blacie.
— Źle się pani czuje?
Kobieta przy kasie, niska, około pięćdziesiątki, z krótkimi włosami i uważnym spojrzeniem, już podawała jej kubek wody. Anna wzięła go i wypiła kilka łyków. Chłód przeszedł przez gardło.
— Dziękuję. Chyba zrobiło mi się słabo od gorąca.
— Proszę usiąść. Może ciśnienie? Mamy ciśnieniomierz.
— Nie, dziękuję. To nie ciśnienie. To… coś innego.
Farmaceutka patrzyła na nią dłuższą chwilę. Bez litości, za to z takim spokojnym zrozumieniem, że Anna niemal się rozpłakała. Na identyfikatorze widniało imię „Ewa”, ale litery rozmazywały się jej przed oczami.
— Wie pani, nie jestem lekarzem — powiedziała cicho kobieta. — Ale widzę, że nie weszła pani tutaj tylko dlatego, że na dworze jest gorąco. Czasem odejście jest jedynym sposobem, żeby ocalić siebie. To nie słabość. To decyzja.
Anna uniosła głowę. Nieznajoma powiedziała to tak zwyczajnie, jakby mówiła o czymś oczywistym. I właśnie ta prostota poruszyła ją najmocniej.
— Naprawdę można tak po prostu wstać i odejść?
— Pani już odeszła. Skoro pani tu jest, to znaczy, że nogi zrozumiały wcześniej niż głowa. Teraz głowa musi je tylko dogonić.
Anna dopiła wodę, podziękowała i wyszła. Na chodniku wyjęła telefon i przewinęła listę kontaktów do litery „A”.
Agnieszka.
Nie rozmawiały od półtora roku, od tamtych urodzin, kiedy Paweł przy wszystkich brutalnie wyśmiał jej przyjaciółkę. Annie było później tak wstyd, że nie umiała nawet zadzwonić.
— Halo? Aga, to ja, Anna. Wiem, że bardzo długo się nie odzywałam. Potrzebuję pomocy.
— Pamiętasz adres?
— Pamiętam.
— Przyjeżdżaj. Drzwi są otwarte.
Ani jednego zbędnego pytania. Żadnego „co się stało?”. Agnieszka zawsze potrafiła usłyszeć po głosie to, co najważniejsze.
Anna zamówiła taksówkę i podała adres, który znała na pamięć, choć nie była tam prawie dwa lata.
Minął tydzień. Anna mieszkała u Agnieszki i spała na wąskiej kanapie w pracowni, pomiędzy płótnami, słoikami z pędzlami i zapachem farb. Każdego ranka zapisywała myśli w zeszycie. Były urwane, nierówne, czasem na całej stronie pojawiało się tylko jedno zdanie.
