Po pracy coraz częściej znajdował na bieliźnie żony dziwne zabrudzenia. Przekonany, że go zdradza, potajemnie ukrył kamerę w jej biurze. Kiedy zobaczył, co naprawdę robi podczas przerwy, zaniemówił…

Dziesięć lat — dużo czy zaledwie chwila? Dla Piotra ten czas był niemal osobnym życiem, rozpiętym między hukiem maszyn w zakładzie meblarskim a spokojnymi wieczorami w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu. Agnieszkę poznał na weselu ich wspólnego kolegi, Marka. Piotr był wtedy młodym, wiecznie potarganym chłopakiem, który niedawno dostał pracę w fabryce mebli „Mebel-Art”. Ona studiowała, była drobna i delikatna, a w zwiewnej sukience wyglądała tak, jakby przez przypadek trafiła pomiędzy zwyczajnych, mocno stąpających po ziemi ludzi.

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Najpierw zatańczyli razem do starego przeboju, później długo spacerowali nocnymi ulicami, a kilka dni potem spotkali się na pierwszej, trochę niezręcznej randce w miejskim parku. Nie minął nawet rok, gdy stali już przed ołtarzem i wsuwali sobie obrączki na palce. Niedługo później Agnieszka również zaczęła pracować w tej samej firmie, tyle że nie w głośnej hali produkcyjnej. Trafiła do schludnej części administracyjnej, do działu sprzedaży, gdzie zamiast zapachu trocin, kleju i lakieru unosiła się woń perfum, świeżo parzonej kawy i papieru nowych katalogów.

Piotr naprawdę kochał swój fach. Należał do tych ludzi, o których mówi się, że mają złote ręce. Drewno rozumiał niemal intuicyjnie. Wiedział, jak ujarzmić twardy dąb, jak poprowadzić dłuto, żeby nie zniszczyć słojów, i w jaki sposób wydobyć piękno z pozornie zwyczajnego kawałka jesionu. Jego świat był prosty, poukładany i przewidywalny. Aż przyszła pewna jesień i wraz z nią coś, czego początkowo nawet nie uważał za problem.

Zaczęło się od drobiazgu. Piotr był człowiekiem dokładnym, czasem wręcz przesadnie pedantycznym, i w każdą sobotę sam zajmował się praniem. Między małżonkami od dawna funkcjonował cichy podział obowiązków: Agnieszka przygotowywała niedzielny obiad, a on brał na siebie pralkę, odkurzanie i cięższe porządki. Pewnego wieczoru, sortując rzeczy nagromadzone przez cały tydzień, nagle znieruchomiał.

Pomiędzy jego roboczymi koszulkami i domowymi ubraniami zobaczył damskie majtki. Najpierw dwie pary. Chwilę później wyciągnął następne dwie, a pod nimi znalazł kolejne. Doskonale pamiętał, że jeszcze w poniedziałek kosz na pranie był pusty. We wtorek wieczorem leżały w nim już dwie pary bielizny Agnieszki. W środę doszły następne dwie. Pod koniec tygodnia cały kosz wypełniała cienka koronka, jedwab i bawełna.

„Dlaczego podczas jednego dnia w pracy przebiera bieliznę aż dwa razy?” — przemknęło mu wtedy przez głowę.

Nie zapytał jej od razu. Uznał, że zanim zacznie rozmowę, powinien po prostu obserwować. W następnym tygodniu sytuacja się powtórzyła. Potem znowu. Agnieszka wychodziła rano z domu ubrana normalnie, a wieczorem w koszu pojawiały się dwie kolejne pary. Jednocześnie sama zachowywała się niemal tak jak zawsze. Była łagodna, spokojna i serdeczna. W wieku trzydziestu dwóch lat nadal miała w sobie tę lekkość, która przed laty oczarowała Piotra na weselu Marka. Jej sylwetka stała się bardziej kobieca, rysy twarzy wyrazistsze, a spojrzenie głębsze. Tyle że teraz mężowi zaczęło się wydawać, że w tych oczach kryje się coś, czego ona za wszelką cenę nie chce mu powiedzieć.

Podejrzenie potrafi działać jak zakażenie. Na początku jest maleńkie, prawie niezauważalne, ale wystarczy odrobina pożywki, żeby zaczęło rosnąć i zatruwać człowieka od środka. Piotr coraz uważniej przyglądał się mężczyznom pracującym z jego żoną.

Dział sprzedaży mieścił się w oddzielnym skrzydle budynku administracyjnego. Oprócz Agnieszki pracowało tam trzech mężczyzn. Pierwszym był pan Witold, starszy pracownik zbliżający się już do emerytury, którego niemal zawsze można było zobaczyć pochylonego nad tabelami i zestawieniami. Drugi to młody stażysta, zamknięty w sobie i wiecznie pogrążony we własnych myślach. Trzecim był Paweł.

Paweł miał około trzydziestu lat. Wysoki, wysportowany, zawsze ubrany w idealnie wyprasowaną koszulę, wyglądał jak całkowite przeciwieństwo Piotra, którego dłonie nieustannie pokrywały drobne zadrapania, ranki i pył drzewny. Przy każdym spotkaniu Paweł spoglądał na niego w sposób, którego Piotr nie potrafił zrozumieć — trochę z wyższością, trochę jakby z ukrytą drwiną. Ilekroć Piotr przychodził do biura po dokumentację techniczną, czuł na sobie ten nieprzyjemny wzrok.

— Cześć, Piotrek — rzucił kiedyś Paweł, nawet nie odrywając oczu od monitora. — Dalej całymi dniami tniesz te deski? No cóż, każdy ma swoje zajęcie.

Agnieszka siedziała wtedy przy sąsiednim biurku. Nie podniosła głowy, ale Piotr zauważył, że na ułamek sekundy jej palce zatrzymały się nad klawiaturą. A może tylko tak mu się wydawało. Może zazdrość zdążyła już nauczyć go dostrzegać rzeczy, których w rzeczywistości nie było.

Człowiek ogarnięty zazdrością potrafi stworzyć w głowie obrazy, które później samemu odbierają mu sen. Piotr zaczął wyobrażać sobie, co może dziać się w biurze podczas przerwy obiadowej. Wciąż wracało jedno pytanie: po co dwie pary bielizny? Czy przebierała się przed spotkaniem z Pawłem? Czy może dopiero po nim? W jego wyobraźni pojawiał się ten pewny siebie mężczyzna, swobodnie chodzący po pokoju, jakby należało do niego nie tylko biuro, lecz także wszystko, co znajdowało się w środku.