— Jak długo potrafisz działać bez przerwy? I od razu podaj gwarancje.
— Jakie znowu gwarancje?
— Przecież właśnie próbujesz mi się sprzedać. Pytam więc o parametry.
— Kobiety za mną szaleją.
— Wszystkie bez wyjątku?
— Prawie wszystkie.
— I żadna nie zostawiła dotąd opinii?
Mam na imię Katarzyna, mam czterdzieści sześć lat i jeszcze niedawno naprawdę wierzyłam, że mężczyźni po pięćdziesiątce stają się spokojniejsi, rozsądniejsi i choć odrobinę bardziej realistycznie oceniają własne zalety. Okazało się jednak, że nie każdy wraz z wiekiem nabiera mądrości. Niektórzy zyskują po prostu więcej lat doświadczenia w opowiadaniu innym, jacy są wspaniali.
Piotra poznałam na portalu randkowym. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Na zdjęciach wyglądał na człowieka statecznego, konkretnego i takiego, który wie, czego chce. Na jednej fotografii stał przy samochodzie. Na drugiej pozował obok grilla. Na trzeciej opierał się o duży SUV, który — jak wyszło później — wcale nie był jego, tylko należał do sąsiada. Krótko mówiąc, klasyczny zestaw mężczyzny, który bardzo chce wyglądać na bardziej zamożnego, niż pozwala mu na to rzeczywistość.
Pisaliśmy ze sobą krótko, mniej więcej dziesięć dni. Już po kilku rozmowach zauważyłam jednak pewną cechę. Piotr bardzo lubił mówić o sobie. Chociaż nie, „lubił” to zdecydowanie za słabe słowo. On uwielbiał mówić wyłącznie o sobie.
Gdyby gdzieś organizowano mistrzostwa świata w opowiadaniu o własnej wyjątkowości, Piotr nie tylko zająłby pierwsze miejsce. Sam wręczyłby sobie jeszcze puchar, medal, dyplom i zapewne wygłosił przemówienie na cześć zwycięzcy.
Na początku nie robiłam z tego problemu. Pomyślałam: człowiek najwyraźniej bardzo siebie ceni. Zdarza się. Byle tylko ta miłość własna nie przekraczała rozsądnych granic.
Jak bardzo się myliłam.
Na spotkanie umówiliśmy się w niewielkiej piekarni z kawiarnią, niedaleko centrum miasta. Było tam przytulnie, kawa była dobra, a desery naprawdę przyzwoite. Ludzie przychodzili w to miejsce, żeby spokojnie porozmawiać i spędzić czas, a nie udowadniać swój status wysokością rachunku.
Przyjechałam punktualnie. Jak normalna dorosła osoba. Jeśli umawiam się na osiemnastą, to o osiemnastej jestem na miejscu.
Nie o osiemnastej dwadzieścia cztery. A właśnie o tej porze pojawił się Piotr. Zerknęłam specjalnie na zegarek i zapamiętałam dokładną godzinę.
Przez te dwadzieścia cztery minuty zdążyłam zamówić kawę, zjeść kawałek sernika i kilka razy dojść do wniosku, że albo zabłądził, albo jednak postanowił w ogóle nie przychodzić.
Nie. On po prostu się spóźnił. I nie wyglądał na człowieka, który czuje z tego powodu choć odrobinę zakłopotania.
Podszedł do stolika i rzucił spokojnie:
— Cześć.
Spojrzałam na zegarek. Potem na niego. I jeszcze raz na zegarek.
Zauważył.
— Korki.
Oczywiście. Korki. W mieście, w którym dojazd z jego domu do tej kawiarni zajmował mniej więcej siedem minut. Nie jestem jednak osobą konfliktową, więc nie urządziłam sceny. Piotr podszedł do lady i zamówił sobie kawę. Osobno. Od razu. Bez wahania.
Zrobił to zresztą tak sprawnie, jakby wcześniej przećwiczył cały manewr przed lustrem.
I właśnie wtedy po raz pierwszy przemknęło mi przez głowę, że to spóźnienie mogło nie być całkiem przypadkowe.
Gdyby zjawił się na czas, musielibyśmy razem wybierać zamówienie i być może płacić w tym samym momencie.
A tak ja miałam już wszystko kupione. Wygodnie. Praktycznie. Oszczędnie. Strategia godna Ministerstwa Finansów. Prawdziwe przedstawienie zaczęło się jednak dopiero chwilę później, kiedy Piotr postanowił szczegółowo zaprezentować mi swoje życiowe osiągnięcia.
Przygotowałam się na opowieści o własnej firmie, podróżach, interesujących projektach albo przynajmniej czymś, co rzeczywiście wymagało od człowieka wysiłku. Byłam naiwna. Pierwszym wielkim sukcesem Piotra okazało się mieszkanie.
— Mam mieszkanie.
— To dobrze.
— Własne.
— Świetnie.
— Po babci.
Przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwykle ludzie chwalą się przede wszystkim tym, co osiągnęli sami. Ale dobrze. Mieszkanie to mieszkanie. Niech będzie.
Potem rozmowa zeszła na samochód.
— Auto mam porządne.
— To akurat plus.
— Jeździ już piętnaście lat.
Ledwo powstrzymałam się od pytania, czy nie należałoby mu już zorganizować świadczenia przedemerytalnego. Ugryzłam się jednak w język. Następnie przyszła pora na zarobki. I tutaj Piotr wyraźnie się wyprostował, jakby właśnie przechodził do najmocniejszego punktu prezentacji.
— Zarabiam dobrze.
W myślach przygotowałam się na kwotę, która naprawdę mogłaby zrobić wrażenie.
— Pięć tysięcy osiemset złotych.
Powiedział to tonem człowieka, który przed chwilą kupił prywatną wyspę na środku oceanu. Kiwnęłam głową bardzo ostrożnie. Naprawdę ostrożnie, żeby przypadkiem nie naruszyć konstrukcji jego samooceny.
Po mieszkaniu odziedziczonym po babci i samochodzie z piętnastoletnim stażem byłam przekonana, że pula spektakularnych osiągnięć została wyczerpana. Nic podobnego. Piotr dopiero się rozkręcał.
