Stary ścienny zegar w przedpokoju tykał tak głośno, jakby z premedytacją odliczał ostatnie sekundy cierpliwości Haliny. Mieszkanie od dawna nie przypominało domu. Zmieniło się w ponurą salę szpitalną, pozbawioną światła i oddechu, przesyconą zapachem maści, leków, przewlekłego zmęczenia oraz poczucia winy, które nie opuszczało jej ani na chwilę.
Halina nie potrafiła już sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz przespała całą noc bez lęku i napięcia. Każdy poranek zaczynał się niemal identycznie: od ostrej woni leczniczych preparatów, skrzypnięcia metalowego łóżka i zirytowanego głosu męża, w którym brzmiały pretensje.
— Halina! Gdzie ty znowu jesteś?
Najczęściej wołał ją jeszcze przed dźwiękiem budzika. Kobieta natychmiast zrywała się z posłania, narzucała szlafrok i biegła do sypialni, jakby spóźniała się na najważniejszy egzamin swojego życia.
Marek leżał nieruchomo na specjalnym łóżku rehabilitacyjnym, z twarzą ułożoną w grymas niekończącego się cierpienia. Pół roku wcześniej, podczas pobytu na rodzinnej działce, nagle miał zostać „sparaliżowany”. Lekarze długo debatowali, wymieniali pełne zdziwienia spojrzenia, przepisywali drogie leki i mówili o rzadkim powikłaniu, którego przyczyny trudno było jednoznacznie ustalić.
Tamtego dnia cały uporządkowany świat Haliny runął.
Bez wahania odeszła z pracy, chociaż do emerytury brakowało jej już niewiele. Koleżanki prosiły, żeby nie podejmowała tak pochopnej decyzji, a przełożeni proponowali pracę z domu. Halina nie chciała jednak słuchać żadnych argumentów. Jak miała myśleć o dokumentach, zestawieniach i terminach, skoro człowiek, z którym przeżyła trzydzieści pięć lat, nie potrafił już sam podnieść się z łóżka?
Od tej chwili jej codzienność zamknęła się w ciasnym kręgu obowiązków: ugotować, podać, umyć, zmienić pościel, podnieść, obrócić na bok, wysłuchać kolejnej pretensji i znowu nic nie odpowiedzieć.
Jako osobna osoba właściwie przestała istnieć.
Została tylko bezpłatną opiekunką.
Niekiedy budziła się w środku nocy od własnego, tłumionego szlochu. Leżała obok męża, wpatrywała się w ciemny sufit i próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatnio Marek wypowiedział jej imię spokojnie, bez złości, irytacji i rozkazu ukrytego w tonie głosu.
Przecież kiedyś był zupełnie inny.
Kiedyś śmiał się tak donośnie, że sąsiedzi stukali w kaloryfery. Kiedyś brał ją na ręce, żeby przenieść przez wielką kałużę, i bez okazji przynosił bukiety polnych rumianków. Razem budowali domek na działce, rezygnowali z wyjazdów, żeby kupić nowe meble, wychowywali córkę i marzyli, że na starość wreszcie zaznają spokoju.
Z biegiem lat coś dobrego w Marku jednak gasło, jakby powoli wypalało się wszystko, co kiedyś czyniło go ciepłym i bliskim człowiekiem.
Po chorobie stał się już całkowicie kapryśny, bezwzględny i wymagający. Zachowywał się tak, jakby od tej pory cały świat miał krążyć wyłącznie wokół jego nieszczęścia.
— Zupa znowu jest za słona.
— Herbata dawno wystygła.
— Prześcieradło drapie.
— Strasznie głośno chodzisz.
— Dlaczego tak długo cię nie było?
Każdego dnia Halina słyszała dziesiątki podobnych uwag.
I wciąż znosiła je bez słowa.
Bo było jej go żal.
Bo nadal go kochała.
Bo wierzyła, że opieka nad mężem jest jej obowiązkiem po tylu wspólnie przeżytych latach.
Sąsiadki szczerze podziwiały jej poświęcenie.
— Nie każda kobieta by to wytrzymała — mówiły.
— Ty masz naprawdę złote serce, Halinko.
— Tak oddanych żon prawie już nie ma.
Halina odpowiadała tylko bladym, zmęczonym uśmiechem.
Nikt nie widział, że wieczorami palce zaczynały jej drżeć z wyczerpania. Nikt nie wiedział, że czasami zamykała się w łazience i odkręcała wodę, żeby Marek nie usłyszał jej rozpaczliwego płaczu.
Najtrudniejsze były dni, kiedy przychodziła Karolina, młoda masażystka z drogiej prywatnej kliniki.
Była wysoka, świeża, rumiana, miała długie jasne włosy i dźwięczny śmiech, który zdawał się wypełniać całe mieszkanie.
Zawsze pachniała kosztownymi perfumami, chłodnym powietrzem z zewnątrz i prawdziwym życiem.
Przy niej Halina czuła się stara, wyblakła i niewidzialna.
— Halina, proszę wyjść na czas zabiegu — za każdym razem żądał Marek. — Krępuję się przy tobie. Nawet chory mężczyzna powinien zachować odrobinę godności.
Posłusznie przytakiwała.
Brała torbę i wychodziła w zimny deszcz. Szła do sklepu, apteki albo po prostu krążyła bez celu po mokrych ulicach, choć w głębi duszy dobrze rozumiała, że mężowi zwyczajnie przeszkadza jej obecność.
Mimo to nawet wtedy niczego nie podejrzewała.
Jak człowiek, który nie potrafi podnieść się z łóżka, miałby zdradzać żonę?
Sama myśl wydawała się Halinie absurdalna.
Z każdym kolejnym dniem ubywało jej sił. Coraz częściej bolały ją plecy, skakało ciśnienie, a nocami serce odzywało się tępym, ciężkim bólem. Mimo to nie przestawała opiekować się mężem, jakby w ten sposób próbowała udowodnić samej sobie, że nadal jest komuś potrzebna.
Potem pojawiły się dziwne dolegliwości.
Najpierw lekkie pieczenie.
Po kilku dniach doszedł świąd.
A później ból.
