— Aniu, dzień dobry. Sprzedaliście działkę czy po prostu postanowiliście wyprowadzić się z niej z dnia na dzień? — głos naszej sąsiadki, pani Jadwigi, zabrzmiał w telefonie tak rzeczowo i surowo, jakby właśnie składała meldunek dowódcy.
— Skąd taki pomysł? Jesteśmy z Pawłem w mieście — odpowiedziałam, przytrzymując telefon ramieniem i nadal oglądając ogrodowe węże w markecie budowlanym.
— W takim razie możesz przyjmować gratulacje z okazji otwarcia hurtowni — prychnęła sąsiadka. — Twoja teściowa urządziła właśnie z waszej piwniczki punkt wydawania zapasów. Jeszcze chwila i przed bramą ustawi się kolejka samochodów. Monika znosi z bagażnika puste kartony, a pani Krystyna dowodzi wszystkimi jak kierowniczka magazynu: „Słoiki z prawdziwkami ostrożnie, te są dla wujka Władka na urodziny!”
Powoli odłożyłam wąż na półkę. Paweł, który stał obok i porównywał dwie wiertarki, zerknął na mnie i od razu spoważniał.
— Pawełku — westchnęłam. — Wygląda na to, że klucz, który zostawiłeś mamie wyłącznie po to, żeby podlewała szklarnię, otworzył jej wejście do skarbca. Tylko zamiast złota są tam moje słoiki. Jedziemy.
Zwykle dojazd na działkę zajmował nam mniej więcej pół godziny, ale tamtego dnia byliśmy na miejscu znacznie szybciej. Furtka stała szeroko otwarta, jakby gospodarze spodziewali się autokaru pełnego gości. Na werandzie panowała atmosfera głośnego rodzinnego pikniku. Na moim ulubionym koronkowym obrusie leżał pokrojony ser, pieczywo i wędlina, a na środku stołu stał otwarty słoik konfitury truskawkowej, który miał doczekać zimy.
Pani Krystyna siedziała u szczytu stołu z miną osoby, która właśnie oficjalnie ogłosiła naszą działkę własnością całej rodziny. Starszy brat Pawła, Marek, wynosił z domku ciężki karton z marynowanymi pomidorami. Jego żona, Beata, przeliczała słoiki, a młodsza siostra mojego męża, Monika, próbowała upchnąć do dużej torby kilka słoików mojego domowego leczo.
— O, właściciele przyjechali! — zawołał Marek z przesadnym entuzjazmem, zatrzymując się na schodku z kartonem w rękach.
— I wam dzień dobry — odpowiedziałam, opierając się o framugę i krzyżując ręce na piersi. — Pani Krystyno, widzę, że zwykłe podlanie ogórków nagle wymagało obecności całej rodziny, kilku samochodów i pilnego opróżnienia moich zapasów?
Monika, która pracowała jako recepcjonistka w salonie kosmetycznym, natychmiast się wyprostowała i poprawiła elegancką bluzkę.
— Anka, po co od razu robić scenę? — przewróciła oczami. — Przecież te warzywa rosną sobie same w ziemi. To nie salon, gdzie trzeba cały czas myśleć, pilnować klientek i prowadzić grafik. Wsadzasz nasiona, podlewasz parę razy i gotowe. Leczo biorę dla Kasi. Całe dnie siedzi w biurze, przydadzą jej się domowe witaminy. Przecież i tak zrobisz następne!
— Monisiu — powiedziałam z tak łagodnym uśmiechem, że Paweł przezornie odsunął się o dwa kroki — gdyby warzywa naprawdę rosły całkowicie same, ogrodnicy i rolnicy byliby zbędni. Pomidory trzeba podwiązywać, usuwać wilki, chronić przed chorobami i podlewać wtedy, kiedy tego potrzebują. Uwierz mi, to odrobinę bardziej skomplikowane niż wpisanie klientki na koloryzację w kalendarz.
— Ty po prostu nie znosisz mojej córki, bo sama całe życie pracowałaś w sklepie! — wykrzyknęła ostro Monika.
— Twoje osiągnięcia zawodowe naprawdę mnie nie interesują, Monika. Ale w tej chwili trzymasz mój słoik leczo tak, jakby był ostatnią darmową próbką drogiego kosmetyku. Odłóż go.
Monika głośno nabrała powietrza, poczerwieniała ze złości i z irytacją wrzuciła słoik z powrotem do kartonu. Wtedy do rozmowy włączyła się Beata. Pracowała na kasie w sklepie z materiałami budowlanymi i uwielbiała rozprawiać o cenach, promocjach oraz swoich „sprawdzonych faktach”.
— Ania, czemu ty jesteś taka skąpa? — skrzywiła się, próbując przy okazji zasłonić sobą duży słój ogórków. — Masz tu tyle jedzenia, że wystarczyłoby dla kilku rodzin. Tylko octu dajesz za dużo, a to przecież szkodzi na żołądek. Ogórki bierzemy dla Kasi. Ona ma zapalenie żołądka, a domowe i tak jest zdrowsze niż sklepowe, przynajmniej bez całej tej chemii. Naprawdę żal ci dla rodziny?
— Beata — potarłam zmęczona nasadę nosa — gdybyś interesowała się nie tylko promocjami na farby i elektronarzędzia, wiedziałabyś, że ocet w zalewie nie jest tam wyłącznie dla smaku. Pomaga konserwować jedzenie i ogranicza rozwój niebezpiecznych bakterii. A zapalenie żołądka leczy się odpowiednią dietą i według zaleceń lekarza, a nie produktami wyniesionymi bez pytania z cudzej piwnicy.
— Egoistka! — twarz Beaty natychmiast pokryła się czerwonymi plamami. — Przez jeden słoik jesteś gotowa pokłócić się z całą rodziną!
— O jeden słoik kłócić się nie zamierzam — odparłam spokojnie. — Za to ty odniesiesz go na miejsce tak szybko, jakby klient przy twojej kasie zażądał zwrotu towaru bez paragonu.
Beata prychnęła obrażona, ale odsunęła ręce od słoika. Marek, widząc, że atmosfera robi się coraz bardziej napięta, postanowił wejść w rolę rozjemcy.
