Zofia była młodą kobietą pełną planów, których nigdy nie mogła zacząć realizować. Bieda zamykała przed nią jedne drzwi po drugich, a największym ciężarem okazał się własny ojciec. Ryszard od lat przegrywał pieniądze w zakładach i kartach, aż w końcu narobił długu sięgającego pięćdziesięciu milionów złotych.
Najgorsze było jednak to, komu był winien tę fortunę.
Nie bankowi, nie przypadkowemu lichwiarzowi, lecz Maksymilianowi „Maksowi” Wrońskiemu — jednemu z najbogatszych ludzi w Polsce.
O Maksie mówiono wszędzie. Nie tylko z powodu jego majątku, ale przede wszystkim wyglądu.
Ważył blisko sto czterdzieści kilogramów.
Był potężnie otyły, wiecznie spocony, a jego twarz przecinały widoczne blizny. Poruszał się na elektrycznym wózku, bo według krążących plotek jego ciało było już tak ciężkie, że nie był w stanie samodzielnie chodzić.
Za plecami ludzie nadali mu okrutne przezwisko: „Miliarder-świnia”.
UMOWA
Pewnego wieczoru pod skromny dom Zofii podjechali ludzie Wrońskiego.
— Albo spłacisz dług, albo odpowiesz za wszystko przed sądem — oznajmił jeden z nich Ryszardowi.
— Nie mam takich pieniędzy! — krzyknął z rozpaczą ojciec dziewczyny.
Wtedy, jakby chodziło o przedmiot, a nie o własne dziecko, wyrzucił z siebie:
— Oddam wam córkę! Zofię! Jest młoda, piękna, pracowita! Niech pan Wroński się z nią ożeni i uzna, że dług został spłacony!
Zofia pobladła.
— Tato?! Ty mnie właśnie sprzedajesz?!
Nie miała jednak prawdziwego wyboru. Wiedziała, że jeśli odmówi, ojciec może stracić wszystko i trafić do więzienia.
Dlatego, choć bała się człowieka, przed którym drżeli inni, zgodziła się zostać jego żoną.
ŚLUB
W dniu ceremonii szeptom nie było końca.
Zofia stała w jasnej, eleganckiej sukni ślubnej. Wyglądała spokojnie i pięknie, choć w środku czuła, jakby coś w niej pękało. Obok siedział Maks — ciężko oddychał, pot spływał mu po skroniach, a na smokingu widniała plama po barszczu.
— Biedna dziewczyna — szepnęła jedna z kobiet.
— Wyszła za niego wyłącznie dla pieniędzy.
— Pewnie robi jej się niedobrze na samą myśl, że ma z nim dzielić łóżko.
Zofia słyszała każde słowo.
Nie spuściła jednak głowy. Uniosła podbródek, wyjęła chusteczkę i delikatnie osuszyła czoło męża.
— Dobrze się pan czuje, panie Maksymilianie? — zapytała łagodnie. — Przynieść panu wody?
Maks zamarł.
Spodziewał się grymasu obrzydzenia, chłodu, może strachu. Zamiast tego zobaczył w jej spojrzeniu coś, czego dawno nie doświadczał.
Współczucie.
Prawdziwą troskę.
— Wody — odpowiedział cicho.
Przez całą ceremonię Zofia trzymała się blisko niego.
Kiedy fotograf poprosił ich o wspólne zdjęcia, nie odsunęła się ani o krok.
Objęła jego dużą, szorstką, lekko drżącą dłoń własnymi palcami.
PRÓBA
Po ślubie pojechali do rezydencji Wrońskiego.
Gdy weszli do sypialni, Maks wskazał kanapę.
— Będziesz spała tam. Jestem za duży, przy mnie nie miałabyś wygodnie. I jeszcze jedno…
Spojrzał na nią bez cienia ciepła.
— Przed snem umyjesz mi nogi. Potem mnie nakarmisz.
Zofia nie wiedziała, że od tej chwili była poddawana próbie.
Maks celowo udawał bardziej bezradnego, leniwego i odpychającego, niż był w rzeczywistości.
Stawał się niedbały.
Opryskliwy.
Wymagający.
Czasami wręcz okrutny.
— To jest niejadalne! — wrzeszczał, zrzucając talerz ze stołu.
— Ruszasz się jak ślimak! Wytrzyj mi plecy!
Przez trzy miesiące Zofia zajmowała się nim niemal jak opiekunka.
A jednak ani razu nie wybuchła.
— Przepraszam, panie Maksymilianie. Jutro postaram się zrobić to lepiej — odpowiadała spokojnie.
Każdej nocy, kiedy Maks spał albo tylko udawał, że zasnął, Zofia siadała przy jego nogach i masowała obrzmiałe stopy.
Wtedy mówiła do niego szeptem.
— Wiem, że w głębi duszy jest pan dobrym człowiekiem. Może stał się pan taki, bo ludzie zbyt wiele razy ranili pana słowami. Proszę się nie bać. Jestem obok. Jestem pana żoną i nie zamierzam pana porzucić.
Maks słyszał wszystko.
A pod grubą warstwą sztucznego ciała i sztucznej skóry coś w nim, od dawna stwardniałe, zaczynało powoli mięknąć.
WIELKI BAL CHARYTATYWNY
Nadszedł wieczór wielkiego balu dobroczynnego. Po raz pierwszy Maks miał oficjalnie przedstawić Zofię ludziom z najbogatszych kręgów.
Podarował jej długą, czerwoną suknię i kosztowną biżuterię.
Sam włożył smoking ledwo opinający jego ogromną sylwetkę.
Kiedy weszli do sali, rozmowy ucichły, a dziesiątki głów odwróciły się w ich stronę.
Po chwili podeszła do nich Weronika — dawna partnerka Maksa, z którą spotykał się jeszcze przed tym, jak rzekomo zaczął gwałtownie tyć. To właśnie ona wiele lat wcześniej zniszczyła jego zaufanie do kobiet.
— Mój Boże, Maks — roześmiała się. — Ty jesteś jeszcze większy niż kiedyś! A to ta kobieta, którą sobie kupiłeś? Ile kosztowała? Wygląda jak zwyczajna łowczyni pieniędzy.
Jej przyjaciółki parsknęły śmiechem.
— Idealna para. Potwór i kobieta opłacona za to, żeby stała obok.
Maks spuścił wzrok.
Był pewien, że Zofia się rozpłacze.
Że odsunie się od jego wózka.
Że wreszcie pokaże, jak bardzo się go wstydzi.
Pomylił się.
