Grażyna stała przy kuchennym oknie i patrzyła, jak nieustający deszcz rozmywa kontury bloków, podwórek i niskich domów widocznych za mokrym ogrodzeniem. Kiedyś, wiele lat wcześniej, wyobrażała sobie swoje życie zupełnie inaczej. Marzył jej się własny dom z dużym ogrodem, młodymi jabłoniami, rabatami pełnymi kwiatów i niewielką altaną, w której można byłoby latem siadać wieczorami przy herbacie.
Tyle że z tych marzeń przez lata nie zostało nic poza wspomnieniem.
Teraz mieszkała w zwyczajnym trzypokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze, a zamiast kwitnącego sadu oglądała z kuchennego okna kilka zakurzonych, marniejących drzew rosnących między blokami.
— Grażka, widziałaś moją białą koszulę? — z sypialni dobiegł poirytowany głos Marka.
— Wisi w szafie, na wieszaku — odpowiedziała, nawet się nie odwracając.
— Nie ma jej.
Grażyna westchnęła ciężko i ruszyła do sypialni.
Marek stał przed otwartą na oścież szafą w samych bokserkach. Brzuch lekko opadał mu nad gumką, a on bezradnie przekładał ubrania, jakby biała koszula mogła sama przed nim uciekać.
Miał czterdzieści pięć lat, a jednak czasami zachowywał się jak chłopiec, który nie potrafi znaleźć własnych rzeczy bez pomocy matki.
— Tutaj jest — powiedziała Grażyna, zdejmując koszulę z wieszaka wiszącego niemal na samym końcu.
— A, dzięki — mruknął, nie zaszczycając żony spojrzeniem. — Dzisiaj będę późno. Mamy spotkanie z partnerami z Warszawy.
— Znowu? — Grażyna usiadła na brzegu łóżka. — Marek, może chociaż w weekend pojechalibyśmy obejrzeć jakieś działki? Wczoraj znalazłam ogłoszenie. Pod Wólką sprzedają ziemię naprawdę niedrogo.
Marek zaczął zapinać koszulę, obserwując żonę w lustrze.
— Grażka, po co nam działka? Same dodatkowe wydatki. I kiedy niby miałbym tam jeździć? Mam pracę, interesy, firmę. Nic samo się nie zrobi.
— Ale kiedyś przecież o tym marzyliśmy…
— Marzyliśmy, gadaliśmy, snuliśmy plany — przerwał jej ostro. — Tyle że życie nie składa się z marzeń. W życiu potrzebne są pieniądze, praca i odpowiedzialność. W ziemi i grządkach można sobie grzebać na emeryturze.
Grażyna już nic nie powiedziała.
Przez dwadzieścia lat małżeństwa nauczyła się milczeć.
Na początku Marek po prostu dużo pracował. Później coraz częściej wracał zmęczony i na wszystko narzekał. W ostatnim roku stał się natomiast drażliwy, opryskliwy i bezlitosny w słowach.
Raz rzucał, że żona bardzo przytyła, innym razem z przekąsem zauważał, że kobiety w jej wieku potrafią wyglądać o wiele lepiej.
— Marek, a może chociaż pojedziemy kiedyś na grilla do Pawła? Już kilka razy zapraszał nas na swoją działkę.
— Paweł to leń — machnął ręką Marek. — Zamiast robić karierę i zarabiać porządne pieniądze, całymi dniami siedzi przy grządkach. Nie mam zamiaru marnować na to weekendu.
Poprawił krawat, obejrzał się dokładnie w lustrze, a potem przesunął po żonie krytycznym spojrzeniem.
— A tak przy okazji, mogłabyś zapisać się na siłownię. Kompletnie się zaniedbałaś. Kiedyś byłaś szczupła, lekka, a teraz…
Nie dokończył. Wystarczyło wymowne wzruszenie ramion.
Grażyna poczuła znajomy ucisk w piersi.
Bez słowa wstała i wróciła do kuchni.
Łzy napłynęły jej do oczu, ale szybko nad sobą zapanowała.
Nie miała czasu na płacz.
Trzeba było zrobić śniadanie.
Przy stole Marek przeglądał wiadomości w telefonie, niemal nie odrywając wzroku od ekranu.
— Pamiętasz jeszcze, jacy byliśmy, kiedy byliśmy młodzi? — zapytała ostrożnie Grażyna. — Marzył nam się własny dom, duża rodzina, dzieci…
— Dzieci nie mogliśmy mieć — odpowiedział sucho, dalej przesuwając palcem po ekranie. — A dom kosztuje fortunę. Nigdy nie mieliśmy takich pieniędzy.
— Może mielibyśmy więcej, gdybyś trochę mniej wydawał na restauracje, wyjazdy i niekończące się delegacje.
Marek powoli podniósł głowę.
— Grażka, nie zaczynaj od rana. Pracuję dla nas. Żebyśmy mogli normalnie żyć. A od ciebie ciągle słyszę tylko pretensje.
— Nie robię ci wyrzutów. Chciałabym jedynie, żebyśmy w końcu poczuli się szczęśliwi.
— Szczęście to stabilizacja, pieniądze i zdrowie — oświadczył. — A nie ogródek, kwiatki i ziemia za paznokciami.
Po śniadaniu Marek wyszedł do pracy.
Grażyna została przy oknie, obejmując dłońmi kubek stygnącej kawy.
Przypominała sobie człowieka, którego kiedyś poślubiła.
Wesołego, romantycznego, pełnego pomysłów.
Potrafili pół nocy rozmawiać o przyszłości, wymyślać imiona dla dzieci i szkicować na kartkach plan domu, który pewnego dnia mieli zbudować.
Dziś obok niej mieszkał ktoś zupełnie inny.
Chłodny, wiecznie rozdrażniony, cyniczny.
Jakby kolejne lata wypłukały z niego wszystko, za co kiedyś go pokochała.
W sobotę Grażyna pojechała do centrum na zakupy.
Wychodziła właśnie ze sklepu, gdy po drugiej stronie chodnika dostrzegła znajomą sylwetkę.
Przy ulicy stał Marek.
Wsiadał do taksówki.
Nie był jednak sam.
Obok niego znajdowała się młoda kobieta.
Grażyna bez trudu rozpoznała Natalię, sekretarkę z firmy męża.
Wysoka, szczupła, zadbana dziewczyna, najwyżej dwudziestopięcioletnia.
Mówiła coś z ożywieniem, co chwilę odrzucając głowę do tyłu i śmiejąc się zalotnie.
